piątek, 27 maja 2016

RHODES: wieczorna harmonia/ night harmony


from rhodesmusic.co.uk
for English version scroll down

Wieczór w zaciszu domowym. Wolny piątek, ale trzeba pracować. Przydałaby się jakaś spokojna muzyka, żeby umilić sobie naukę i nie nadwyrężyć nerwów. Pokładam nadzieję w Spotify, wierzę, że znajdzie dla mnie coś odpowiedniego. Szperam i szperam i mam: RHODES. Pierwszym utworem, który odtwarzam, jest cover Blank Space Taylor Swift. W pierwszych kilkunastu sekundach nie uświadamiam sobie, że słyszałam oryginał. Przychodzi refren, który przynosi zdumienie – z tej piosenki dało się zrobić taką cudowną balladę? Nie wierzę. Słucham dalej. Close Your Eyes. Fragment, w którym David śpiewa I Will Hold On kojarzy mi się z Tomem Odellem. Czyżby kopia? Nie, to było jedynie chwilowe złudzenie. RHODES to nie kopia Toma. Idę dalej. Somebody jest ciepłe i przestrzenne. W Worry znów wyczuwam przestrzeń i dochodzę do wniosku, że to wokal Davida kreuje takie wrażenie, szczególnie w refrenach utworów. Docieram do Run i wciąż nie czuję zmęczenia spokojem albumu Wishes. Na wszelkiego rodzaju ciche wieczory debiutancki krążek młodego Brytyjczyka z Baldock jest jak znalazł. Można by położyć się w hamaku ogrodowym i delektować się harmonią płynącą z osiemnastu utworów Davida, co jakiś czas przerywaną wieczornym ptasim śpiewem. Piękne.



Nadal nie mogę uwierzyć w to, że w 2015 pominęłam Wishes. To był mój ogromny błąd.

_________________________

An evening at my fireside. Friday off but I have to work. Any calm music would be welcome to make the time pass more pleasantly. I'm placing hope in unfailing Spotify, I believe it is able to find something I need at the very moment. I'm rummaging through Spotify and I have what I want: RHODES. The first song I decide to play is his cover of Taylor Switf's Blank Space. At the beginning I'm unaware of the fact I've heard the original version. The chorus brings astonishment – is it possible that such an ordinary pop song was turned into a wonderful ballad? I find it hard to believe. But I'm keeping on listening. Close Your Eyes. The part when David sings I will hold on sounds like Tom Odell. A copy? No, it was just a momentary delusion. RHODES is not a copy of Odell. I'm keeping on listening. Somebody is a warm song and gives an impression of a well-arranged space. Worry gives the same feeling and I come to conlusion that it is David's voice that creates such an impressive atmosphere, especially in choruses. I get to Run and I'm still not in the slighest jaded by Wishes. In quiet evenings the debut album by the young Brit from Baldock will stand everyone in good stead. You can rest in a garden hammock and delight in the harmony of the 18 songs by David, every once in a while intermittent by singing birds. Charming.

I still can't believe that in 2015 I omitted Wishes. That was a big mistake of mine.


 

Moim faworytem (co stwierdziłam po długim przemyśleniu i kolejnym, nie wiem nawet którym z kolei, przesłuchaniu Wishes) jest Breathe. 


My favourite song (what I realised after long consideration and another, I don't even know which, listening to Wishes) is Breathe.



 Z powodu zbliżającej się sesji egzaminacyjnej nadal nie zabrałam się za napisanie posta o Jacques'u Vert (dla niewtajemniczonych: moda). W tygodniu obiecuję nadrobić zaległości. Chciałam również podziękować za dużo odwiedzin mojego bloga, nie wiem czy to roboty czy autentyczni czytelnicy, wolałabym oczywiście tę drugą opcję. 


Because of the upcoming exam session I still haven't managed to start writing about Jacques Vert (for the uninitiated: a fashion designer). I promise to make up for it as soon as possible. At the end I would like to thank you for so many views of my blog, I have no idea whether it is done by robots or by authentic people, of course I would prefer the second option.


 

piątek, 20 maja 2016

The Idan Raichel Project: świat bez podziałów/ a world without divisions

by Benjo Arwas
| for English version scroll down |

Słuchając muzyki powstałej w ostatnich dwóch dekadach nie możemy oprzeć się wrażeniu, że to już gdzieś było, że ktoś skomponował coś podobnego i chociaż utwór brzmi wspaniale, nie jest ani trochę wyjątkowy, bowiem podąża utartym wcześniej szlakiem. Włączamy radio i czujemy się przesyceni. Bo to wszystko już było. Szukamy czegoś niszowego i chociaż odnajdujemy piękne połączenia dźwięków, wciąż czujemy niedosyt. Bo to wszystko już było. Są na szczęście artyści z prawdziwego zdarzenia, którzy nie sięgają do niemal całkowicie wyczerpanych źródeł, a zaglądają tam, gdzie inni, choćby nawet o tym marzyli, nie zajrzeli, bo odczuwali lęk, że nie podołają ogromnemu wyzwaniu.

 Idan Raichel to niesamowity człowiek. Nie skłamię mówiąc, że jest on artystą z prawdziwego zdarzenia. Niedługo miną dwa lata odkąd zobaczyłam go na żywo podczas kolejnej odsłony Europejskiego Stadionu Kultury w Rzeszowie. Przyjechałam tam dla White Lies i nie spodziewałam się, że większe wrażenie wywrze na mnie występ człowieka, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. 

Idan pochodzi z Izraela (ciekawostka: ma korzenie polsko-rosyjskie). W swojej twórczości nie stara się na siłę dorównać muzykom z zachodu, bowiem inspiruje się swoją rodzimą kulturą – bogatą kulturą żydowską. Większości instrumentów pojawiających się w jego kompozycjach nie potrafilibyśmy nawet nazwać. Muzyka Raichela to coś, czego człowiek naszej kultury nie może przyjąć łatwo. Początkowo czujemy zdziwienie, jak to zwykle bywa, gdy przychodzi nam odkrywać nieznany dotąd świat. Ów zdziwienie może przerodzić się w fascynację, która złapie nas w swoje sidła i nie pozwoli się z nich wymknąć. Można też otrząsnąć się ze zdziwienia towarzyszącego przy pierwszym spotkaniu i nie ulec żadnemu silniejszemu wrażeniu. Ja jednak dałam się złapać fascynacji muzyką wschodnią. Zresztą twórczość Idana to nie tylko muzyka. To świat. Świat, którego nie znamy. Takie spotkanie z obcą kulturą przypomina mi sonet naszego wieszcza Mickiewicza Droga nad przepaścią w Czufut-Kale, a konkretniej – słowa Pielgrzyma:



Mirzo, a ja spojrzałem! Przez świata szczeliny
Tam widziałem - com widział, opowiem - po śmierci,
Bo w żyjących języku nie ma na to głosu.


Taki wydaje się być świat wschodni – pociągający, pochłaniający duszę, niemożliwy do opisania. Jest w nim wrażliwość, której my, ludzie zachodu, nie potrafimy oddać słowami.

Moja podróż w nieznane rozpoczęła się od Mi'Ma'amakim. Urzekł mnie spokój w głosie Idana, opanowane uderzenia w klawisze i spotkanie kultury żydowskiej z afrykańską. Dwa języki, dwa głosy, dwa różne sposoby postrzegania muzyki. Wydaje się trudne do zrealizowania, ale artysta z prawdziwego zdarzenia poradzi sobie z wykonaniem wszystkiego, czego szkic zrodzi się w jego duszy. Mi'Ma'amakim opowiada o miłości, ale nie tak jak przyjęło się o niej mówić. To miłość przypominająca oddanie Anioła Stróża. Niesamowita wrażliwość zawarta zarówno w warstwie lirycznej, jak i muzycznej, to najbardziej rozpoznawalna cecha muzyki Idana Raichela, a konkretniej The Idan Raichel Project, bo przecież nie tylko Idan jest jej twórcą, ale grupa ludzi, dzielących się z nim swoimi genialnymi pomysłami. W jednym z wywiadów Idan powiedział, że jest jak reżyser i w pełni się z tym zgodzę. Głosu Idana nie usłyszymy w wielu utworach. Niemal w każdej kompozycji pojawia się inny wokalista, a Idan pełni rolę reżysera lub dyrygenta, stojącego na straży i udzielającego muzykom wskazówek niezbędnych do zrealizowania planu. Kobiety, mężczyźni, różne języki, różne kultury, świat zachodu i wschodu... dziesiątki instrumentów, wiele tematów: miłość, śmierć, wojna i pokój. Wydaje się, że dwa ostatnie dominują w tekstach Idana Raichela. I nie ma w tym nic dziwnego – Idan to człowiek wychowany w Izraelu, w duchu wschodnim, który doświadczył na własnej skórze nieuzasadnione rozlewy krwi, wojny religijne, polityczne, światopoglądowe. Mówi, że wierzy w jednoczącą siłę muzyki, wierzy w to, że muzyka może doprowadzić do zakończenia wszelkich konfliktów. Człowiek, który wierzy w to, co robi, może przenosić góry. Myślę, że ów wiara Idana czyni jego muzykę tak autentyczną, że trudno mi o niej pisać. Aby uniknąć dalszych nieudanych prób oddania charakteru jego twórczości słowami, napiszę ostatnie zdanie – warto poświęcić kilka minut, aby przeniknąć w nieznany nam świat, który Idan i jego grupa uosabiają w niepowtarzalny sposób. 

_____________________________________________

by Benjo Arwas



Listening to the music of the last two decades we can't get rid of the impression that what we hear already exists, that we've already heard it a couple of times, that it has been composed once and although the song sounds incredible, it is not a bit exceptional, as it follows a well-known track. We turn the radio on and we feel fed up. Because it all exists for years. We're looking for something niche and although we find a lot of beautiful connections of sounds, we still feel fed up. Because it all exists for years. Fortunately, there are genuine artists who don't draw from all but worn-out sources but look where the others, even if they dream about it, have never looked there for fear of not being able to rise to the challenge. 

Idan Raichel is an outstanding man. It's neither a lie nor hyperbolization that he is a genuine artist. Soon it will have been two years since the day I saw him perform at Europejski Stadion Kultury in Rzeszów. I went there for my favourite band White Lies and I did not expect that I could be impressed more by the performance of someone I had never heard of before. 

Idan comes from Israel (an interesting fact: he is of Polish-Russian origin). Creating music he never strives to keep up with musicians of the West, for he looks for inspiration in his native culture – the rich Jewish culture. We would not be even able to name most of the instruments appearing in his songs. Raichel's music is something that a man of our culture can't simply comprehend. At the beginning we feel surprised, as it usually happens when we discover an unknown world. That surprise may turn into fascination which will ensnare us and not allow to escape. We may also snap out of the surprise of first listening and not undergo any strong impression. When it comes to me, I must admit that I became ensnared by the East. And it's not only the music. It is just the whole other world. The world that we, people of the West, don't know. Such a meeting with unfamiliar culture reminds me of the sonnet The Pass across the Abyss in the Tschufut-Kale by our Polish prophet Adam Mickiewicz: 
 

I lived to cross the bridge of ancient snow!

But what I saw my tongue no more can tell, 
The angels only could rehearse that well.



This is how the East seems to me – alluring, absorbing the soul, indescribable. There is sensitivity that we, people of the West, can't express by words.
My journey to the unknown world started with Mi'Ma'amakim. I was charmed by Idan's calm voice, smooth piano sound and making the two cultures – Jewish and African – join together Two languages, two voices, two different ways of perceiving music. It seems difficult to achieve, but a genuine artist is able to rise to the challenge of creating all he once has sketched in his own soul. Mi'Ma'amakim tells about love, but not in the way we are used to. That love reminds us of the Guardian Angel. Stupendous sensitivity of the lyrics and music is the most characteristic feature of Idan Raichel's music, and to be more specific – of The Idan Raichel Project music, for it is not only Idan who creates it, but a group of people, sharing with him their incredible ideas. In an interview Idan said that he is like a director and I completely agree with that. There are not many tracks sang by Idan. In nearly each song there is a different singer, and Idan is a director or a conductor that gives the musicians advice necessary to fulfill the plan. Women, men, different languages, different cultures, the world of the East and the world of the West... dozens of instruments, many topics: love, death, war and peace. It seems that the last two dominate in Idan's lyrics. And there's nothing strange about it. Idan was brought up in Israel, in Eastern spirit, and he experienced all the unjustifiable bloodsheds, religious, political and worldview conflicts. He says that he believes in the unifying force of music, that music can lead to the end of any conflicts. And a man who believes in what he does proves that the saying faith can move mountains is true. I think that it is Idan's faith that makes his music so authentic that it can't be simply described. To avoid further failed attempts to characterise Idan's music by words, I'll write the very last sentence – everyone should find a few minutes to immerse into the unfamiliar world which is uniquely personified by Idan and his group.


Jeden z moich ulubionych utworów The Idan Raichel Project. Quarter to Six to zbiór kompozycji, w których można zanurzyć się na wiele godzin.

One of my favourite songs by The Idan Raichel Project. Quarter to Six is a collection of sounds into which we can immerse for long hours.


 Scena pełna muzyków. Żaden z nich nie stoi bezczynnie. 
Muzyka wzbogacona o dźwięk strumienia wody przelewanego z jednego naczynia do drugiego oddaje niezwykłą atmosferę twórczości The Idan Raichel Project. 

Stage full of musicians. None of them stands idle.
Music enriched by the sound of the water stream being spilt  from one vessel to another gives the exceptional atmosphere of The Idan Raichel Project music.  




W Rzeszowie Idan i jego grupa zagrali w duecie z Kayah. Zaprezentowano także utwory z albumu Polki Transoriental Orchestra, na którym pojawiły się piosenki w języku jidysz. 

In Rzeszów Idan and his group played with Kayah, a singer from Poland. Not only did the setlist contain The Idan Raichel Project songs but also Kayah's from her album Transoriental Orchestra, where songs written in yiddish appear.


Amerykanka, Żyd i Palestyńczyk. Można? Ależ oczywiście. Powyższe nagranie to dowód na to, że Idan ma rację - muzyka jest w stanie stanąć ponad wszelkimi podziałami.

An American, a Jew and a Palestinian together. Possible? Of course. The recording above proves that Idan is right - music has a unifying power.




piątek, 13 maja 2016

Charles Cave: nostalgia lat osiemdziesiątych/ 1980's nostalgia


from Charles Cave's Fb fanpage


 | Scroll down for English version |

Czy przedstawiając muzykę, która zagościła w naszych umysłach na dłużej, musimy posługiwać się porównaniami do doskonale znanych wykonawców? Myślę, że nie jest to konieczne. Czasami lepiej posłużyć się obrazami, opisaniem sceny filmu lub ubiorem kojarzącym się nam z muzyką danego artysty. Słuchając utworów Charlesa Cave'a pomyślałam o pewnej, jak to się często mówi, stylówce, która idealnie odzwierciedla jego brzmienie.

Ci, którzy nie znają twórczości White Lies, mogli jeszcze nie dotrzeć do muzyki Cave'a. Nie ma się co dziwić – do tej pory pojawiły się w sieci tylko trzy piosenki. Niewiele, ale interesujące.



Your Song on the Radio. Lata osiemdziesiąte. Widzę mężczyznę ubranego w stylu Pet Shop Boys w teledysku do West End Girls: czarna koszula z okrągłym kołnierzykiem, wąskie czarne dżinsy, skórzana kurtka. Do tego mokasyny w klimacie codzienna elegancja. Już w samym czarnym ubiorze kryje się jakaś tajemnica, jakaś nostalgia. Ów mężczyzna idzie zatłoczoną ulicą. Jego twarz zdaje się nie wyrażać żadnych emocji, jest obojętna wobec tego, co dzieje się dookoła. Obserwuję go i odnoszę wrażenie, że w jego życiu zaszły ważne zmiany. Leniwe ruchy mówią, że stracił coś ważnego, zaś za sprawą twarzy pozbawionej emocji stara się ukryć smutek, mówiąc co ma być, to będzie. Prawda jest taka, że chce mu się płakać, jest bezradny. Now they're playing your song on the radio, all that I can do is cry.

Cave lubi lata osiemdziesiąte, ale swojej fascynacji tym okresem nie wyraża tak jak w White Lies. W jego solowych kompozycjach nie znajdziemy chłodnych post-punkowych gitar. Your Song on the Radio, jak i pozostałe dwa kawałki, Reason to Drive i This Fucking Time of Year, zdominowane są przez łagodne syntezatory, coś w rodzaju wspomnianego West End Girls Pet Shop Boys. Wokal doskonale wpisuje się w stylistykę lat osiemdziesiątych. Myślę, że dałoby się kogoś nabrać, że Cave nagrywał w tamtej dekadzie.

W ciągu ostatnich lat utworzyła się szeroka gama wykonawców nawiązujących do epoki, w której królowały syntezatory. Często odechciewa się sięgać po kolejne niczym nie wyróżniające się utwory. Z Charlesem jest jednak identycznie jak z White Lies – chociaż było już wiele podobnych, to jednak słucha się wyśmienicie, bowiem całość brzmi tak autentycznie, że rzeczywiście w pewnym momencie traci się pewność czy to nagranie z 2016 czy z 1986, kiedy Cave'a nie było jeszcze na świecie.

_____________________________________________

Is comparing to widely known musicians necessary when we want to present the new sound that can't get out of our heads? I think it is not. Sometimes it is better to create a short description of a movie or an outfit that reminds us of particular artist's music. When listening to Charles Cave's songs I thought of a special outfit that perfectly reflects his sound.

It is likely that those who don't know White Lies have not stumbled upon Cave's music yet. But there is nothing strange about it – only three songs have appeared on the Internet so far. Not many but interesting.

Your Song on the Radio. 1980's. I see a man dressed like Pet Shop Boys in West End Girls music video : a black shirt with a rounded collar, black skinny jeans, a leather jacket. Loafers in the style of everyday elegance are an essential addition. The outfit itself bears some secret, some nostalgia. The man is walking through a crowdy street. His face seems to show indifference towards all what is happening around him. I'm observing him and I have a feeling that some breakthrough changes have happened in his life. His lazy movements say that he has just lost something important, and the emotionless face tries to convince me that there is no sorrow inside, that his attitude is come what may. The truth is that he wants to cry, that he is helpless. Now they're playing your song on the radio, all that I can do is cry.

Cave likes the 80's, but his fascination with that period is expressed not like in the songs of White Lies. His solo music is devoid of the cold post-punk guitar sound. Your Song on the Radio, and the two others Reason to Drive and This Fucking Time of Year are dominated by soft synths, something like the already mentioned West End Girls by Pet Shop Boys. The vocal fits like a glove with the 80's style. I think that I could fool somebody that Cave played in that decade. 

A vast array of musicians inspired by the age of synths have got into the music industry within the last few years. We often do not feel like listening to their cliched style. Charles's situation is identical to White Lies – although there are plenty of similar bands, it still sounds splendid. His music is so authentic that there comes a moment when you start doubting whether you are listening to a recording from 2016 or 1986 when Cave had not been born yet.




czwartek, 5 maja 2016

Musical muzycznego kameleona na warszawskim Torwarze | Musical chameleon performed at Warsaw Torwar

by Artur Rawicz/ koncertomania.pl 

 | Scroll down for English version |

Dwudziesta pierwsza z minutami: gasną światła, cichnie muzyka. Pojawiają się muzycy koncertowi i najbardziej wyczekiwany Adam Lambert, ale jeszcze nie we własnej osobie – to tylko fragmenty z teledysku Ghost Town. Mijają kolejne minuty. Muzyka jest, Adama nie ma. Zniecierpliwienie narasta. Gdzie on jest? Czyżby stanął przed lustrem z dylematem w co ja mam się ubrać​? A może nie dojechał na czas? I, uwaga, uwaga, prawą stroną sceny biegnie jakiś człowiek-kosmita: jasne włosy, niemal srebrne, ułożone w Presley'owskim stylu, czarny kostium o futurystycznym kroju, czarne buty a la glany sięgające kolan, a na nosie lustrzane okulary, również w niecodziennym klimacie. Ów pan wskakuje na podwyższenie ustawione na środku sceny. My life flashed before my eyes, śpiewa. Tak, to on! Publika szaleje, okrzyki nie mają końca. Kosmiczny Adam Lambert nareszcie pojawił się w Polsce, już nie w ramach trasy z Queen, a na swoim koncercie solowym promującym trzeci krążek The Original High. Zaczęło się od mocnego, energicznego uderzenia w postaci Evil in the Night z najnowszego albumu.



Pierwsza z trzech części występu Adama Lamberta była utrzymana w nastroju takim jak wspomniany ubiór – trochę tajemniczym, emocjonalnym, ale przede wszystkim nietuzinkowym i trudnym do scharakteryzowania. Wspomnienie początku koncertu nasuwa mi na myśl dwa słowa – brak uśmiechu. Tak, twarz wokalisty, jak i twarze towarzyszących mu tancerzy, nie wyrażały ani zadowolenia, ani radości, ani podekscytowania. Dominowało przenikliwe, powiedziałabym nawet groźne, piorunujące spojrzenie. Przybranie takiego wyrazu emocjonalnego nie było przypadkowe, miało bowiem idealnie współgrać z przekazem i stylistyką pierwszych utworów z setlisty. Wśród nich znalazły się m.in. wspomniane Evil in the Night, For Your Entertainment, Ghost Town, Rumors, Underground, Welcome to the Show. A jak zareagowała publiczność? Już w pierwszej minucie od pojawienia się Lamberta na scenie fani trzymali białe i czerwone kartki z powitalnym hasłem Welcome back to Poland. Akcja nie została jednak zrealizowana tak jak oczekiwaliby tego polscy Glamberci – ochrona nie pozwoliła wnieść kartek na teren Torwaru, mieli je więc jedynie ci, którym udało się je przemycić. Doskonale wypadło natomiast wypuszczenie w górę balonów podczas największego przeboju z The Original High – Ghost Town. (Ciekawostka: balony unosiły się nad głowami publiczności stojącej na płycie jeszcze podczas późniejszych piosenek – wytrzymały ograniczony dostęp do powietrza lepiej od niektórych fanów!)



Po zagraniu kawałka Lucy, pod koniec którego gitarowy popis dał Adam Ross, przyszła pora na wyciszenie. Po kilku minutach przerwy Adam Lambert powrócił na scenę spokojnym krokiem. Nie miał już na sobie futurystycznego kostiumu, a czarny żakiet i skórzane spodnie. Z jego twarzy znikło przenikliwe spojrzenie spod gęstych brwi. Wydawało się, że to już ktoś inny, że niemożliwe, aby przez chwilę z bestii scenicznej przeobrazić się w posiadacza opanowanej wrażliwej duszy. Tę część występu rozpoczęło After Hours – utwór kojarzący się z nocną jazdą po szerokiej jezdni na przedmieściach wielkiego miasta. Złagodniała nie tylko twarz Adama, ale również jego głos. W wolniejszych kawałkach, takich jak cover Mad World Tears for Fears, doskonale znane Whataya Want from Me i Another Lonely Night Lambert udowodnił, że jego wokal sprawdzi się w najrozmaitszych kompozycjach, zarówno w dynamicznych, jak i tych spokojnych. W Mad World wyczułam musicalową atmosferę, podobieństwo do fragmentu spektaklu, w czasie którego aktor nie dąży do odśpiewania utworu, ale wczuwa się w niego całym sobą, jakby nie odgrywał roli, a wyrażał swoje własne przeżycia i emocje. A oprócz doskonałego przedstawienia na największą uwagę zasługiwał przecież nieskazitelny głos Lamberta, tak czysty, że nie można było znaleźć w nim żadnej skazy. Po Mad World muzyk oficjalnie przywitał się z publicznością oraz poświęcił kilka minut na przekaz o równości wszystkich ludzi bez względu na różnice rasowe, światopoglądowe, wyznaniowe i inne. Fani odpowiedzieli okrzykami dziękujemy i we love you, ale nie obyło się bez zabawnego incydentu – damskich stringów rzuconych na sam środek sceny.



Chociaż pierwsza część koncertu Amerykanina wydawał się poniekąd żywiołowa, nie można porównać jej z zakończeniem, które można określić nie inaczej jak mianem wulkanu energii. Strój w stylu wczesnych lat 90. i jasna czupryna w artystycznym nieładzie znów doskonale współgrały z kolejnymi pozycjami na setliście. Należały do nich te kompozycje z Lambertowego repertuaru, przy których nie można stać nieruchomo jak kołek: The Light, The Original High, Never Close Our Eyes, Shady, Lay Me Down, Fever, Trespassing połączone z Another One Bites the Dust Queen. W szybkich, pełnych energii aranżacjach wokal Adama także nie przestawał zadziwiać. Pozytywnie zaskoczyli tancerze, którzy, podobnie jak Lambert w Mad World, nadali trzeciej części koncertu musicalowy klimat, gdzie doskonale przećwiczony jest każdy najmniejszy ruch, a pomimo tego nadal sprawia wrażenie spontanicznego wyrażania swojego wnętrza. 

 



Wydaje się, że polska publiczność przypadła Lambertowi do gustu. Było to widać szczególnie po wykonaniu Trespassing, kiedy fani zasłużyli na pochwałę za wspaniałą znajomość tekstu piosenki. Tak, przyznam szczerze, że z perspektywy publiki zabawa była doskonała, a ze sceny rozśpiewany i roztańczony tłum musiał prezentować się znacznie ciekawiej. Czy nieoczekiwane przyjęcie w Polsce zostanie wynagrodzone kolejnymi solowymi występami muzyka? (chociaż tymi z Queen przecież nikt nie pogardzi, wręcz przeciwnie!) Nie miałabym nic przeciwko temu.



Kiedyś wydawało mi się dziwne, że Adam Lambert dostał propozycję występowania z Queen. Wydawało mi się, że Queen powinni postawić na rockmana z prawdziwego zdarzenia, na frontmana niszowej gitarowej kapeli z wokalem o szerokich możliwościach. Teraz nareszcie rozumiem, dlaczego wybór padł na Adama. Wiadomo, że Mercury'ego nie da się zastąpić. Ale żeby móc stanąć na jednej scenie z Brianem May'em i Rogerem Taylorem, trzeba być pewnego rodzaju muzycznym kameleonem. Przez ów pojęcie należy rozumieć utalentowanego człowieka o niepowtarzalnym wokalu i niebanalnych zdolnościach aktorskich, pozwalających mu na swobodne przechodzenie z wolnych utworów do energicznych; ponadto muzyczny kameleon to także ten, który pomimo sławy i pieniędzy potrafi szczerze się uśmiechać i wyrażać zachwyt nad pozytywnym przyjęciem przez publikę. Lambert jest muzycznym kameleonem i nawet jeśli nie jest się zwolennikiem jego muzyki, warto zobaczyć go w akcji. Bo, określając zwięźle dwoma słowami i kończąc ten słowotok, jest niepowtarzalny. 

__________________________________________


by Artur Rawicz / koncertomania.pl


A few minutes after nine o'clock: the lights go off, the music gets quiet. Stage musicians appear and the most awaited Adam Lambert, but not in the flesh – it's only Adam in the fragments of Ghost Town music video. Another minutes pass away. The music is present, Adam is absent. Impatience mounts. Where is he? Is he standing in front of the mirror and asking himself What should I put on tonight?. He may not have arrived on time... And, attention! attention please!, there's some spaceman-like man running along the right side of stage: bright hair, almost silver, Presley's hairstyle, a black costume in futuristic shape, black knee-high army boots, mirror sunglasses on the nose, another element of unusual style. That man jumps on the stage platform, placed in the very middle. My life flashed before my eyes, he sings. Yes, it is him! The public goes crazy, screams have no ending. Unearthly Adam Lambert finally visits Poland, not as part of the tour with Queen, but with his solo concert promoting the third album The Original High. The performance starts with powerful Evil in the Night.

The first of Adam Lambert's three-part show could be characterised the same as his already mentioned outfit – a bit mysterious, emotional, but primarily outstanding and hard to describe. When I recollect the beginning of the concert, I find, maybe even subcontiously, three words – lack of smile. Yes, it's true, the singer's face, as well as the other musicians' faces, did not express neither satisfaction, nor joy and excitement. What dominated was penetrating sight, I could even say that it was a glare. It was not coincidental to take such a facial expression, as it was meant to harmonize with the message and the style of the first songs from the setlist. Among these were Evil in the Night, For Your Entertainment, Ghost Town, Rumors, Underground, Welcome to the Show. And how did the public react? The minute when Lambert appeared on stage, a lot of fans took out white and red sheets of paper with welcoming words Welcome back to Poland. However, that action was not organized as well as it had been expected before the gig. While entrying the venue, it turned out that bringing in any sheets of papers, whether these were posters or small cards, was forbidden, so only those who managed to smuggle them could contribute to fulfill the plan of Polish Glamberts. What went excellent was the second fan action during the most popular hit from The Original High, Ghost Town – dozens of balloons were realesed and floated over the heads. 
 
After Lucy, which ended with an amazing guitar solo by Adam Ross, there was a need for some portion of calm. After a few minutes of break Adam Lambert came back on stage, walking slowly. Not only did he change his pace, but also the outfit. Instead of the futuristic costume, he wore black jacket and leather pants. The penetrating look vanished from his face. It seemed that there was someone else on stage, beacause it seemed impossible that the stage beast could turn into a possessor of a sensitive soul just in a moment. That part of the show opened with After Hours – the song resembling a night drive on a wide road on the outskirts of a big city. Not only did Adam's face soften, but also his voice. In calm songs like the cover of Tears for Fears' Mad World, perfectly known Whataya Want from Me and Another Lonely Night Lambert proved that his voice works well in various compositions, from dynamic to slow. Lambert's version of Mad World created an atmosphere of a musical, similiarity to an intimate moment of a spectacle, when the actor is not striving towards singing the song out loud, but he's trying to immerse in the moment with his entire soul, as if he was not playing the role, but experssing his own experience and emotions. Apart from it, what deserved attention the most was Adam's flawless voice, so literally flawless that you could not find any mistake. After Mad World the artist ofically welcomed the audience and started his short speech on equality, no matter what religion, race, world view etc. one represents. The answer from the fans was dziękujemy (meaning: thank you) and we love you. However, one fan gave a little bit different answer – she threw a thong on the middle of stage. 
 
Although the first part of Lambert's performance seemed to be powerful, it can't be compared with the ending, which was a volcano of energy. The outfit from early 90's and bright messy hair perfectly harmonized with another points of Warsaw setlist, among which were those songs from Adam's repertoire that don't allow anyone to stand still like a statue (The Light, The Original High, Never Close Our Eyes, Shady, Lay Me Down, Fever, Trespassing + Queen's Another One Bites the Dust) . In dynamic compositions Adam's vocal did not stop amazing. The pair of dancers evoked positive astonisment too. Similarly to Lambert in Mad World, they created an atmosphere of a musical, to which every single movement is perfectly prepared, but it still makes an impression that an actor sponaneously expresses his/her inside.
 
Lambert seemed to be charmed by his Polish Glamberts. It was seen many times during the gig, especially after Trespassing, when he could not hide his admiration for the audience that knew every word of the song. I must admit that from the audience's perspective the entire show was an amazing time of fun. I am sure that from stage the loud dancing crowd had to make a far better impression. Will the unexpected reception of Lambert in Poland be rewarded with his another solo performances? (but, by all means, these with Queen are still looked forward to!) I would have nothing against it.

I used to think that choosing Adam Lambert for the new frontman of Queen was a strange decision. It seemed to me that Brian May and Roger Taylor should look for a genuine rockman, some frontman of niche guitar band, with great singing abilities. Now I can finally understand why the choice fell on Adam. Everyone knows that Mercury can't be replaced. But to be allowed to stand on the same stage with May and Taylor, one has to be some kind of musical chameleon. This term refers to a talented man with unusual vocal and sophisticated acting skills, enabling him to freely move from slow songs to powerful ones; moreover, a musical chameleon is one of those, who, although rich and famous, can candidly smile and express his admiration for positive reception by the audience. Lambert is a musical chameleon and even if you are not a fan of his music, you should know that he is worth seeing live(and hearing, of course). Because, defining in three words and ending this piece of verbosity, he is unique.
_______________________________________________

Z racji na to, że jest to mój pierwszy wpis, czuję się zobowiązana dodać kilka zdań o sobie i swoich zamiarach dotyczących tego bloga. Aby uniknąć dalszego rozpisywania się, spróbuję streścić to, co chcę przekazać. Kiedyś prowadziłam bloga o muzyce, książkach, modzie i innych podobnych, ów blog nazywał się lazurowaprzestrzeń. Z biegiem czasu niestety zniechęciłam się do pisania i spaliłam wszystko, co miałam za sobą. Od pewnego czasu czuję jednak, że nie mogę wytrzymać bez pisania o tym, co mnie fascynuje, co wzbudza we mnie zachwyt i przykuwa moją uwagę. A koncert Adama Lamberta okazał się takim decydującym bodźcem, który skłonił mnie do założenia kolejnego bloga i spróbowania raz jeszcze. Zachęcam do komentowania i przesyłania propozycji dotyczących recenzji itp., z chęcią uwzględnię Wasze uwagi.

As it is my first post, I feel obliged to add a few sentences about myself and my plans related to this blog. To avoid further holding forth, I'll try to summarise all that I'd like to tell you. In the past I used to run a blog about music, books, fashion and so on, its name was lazurowaprzestrzeń (English: azure space). However, I got a bit discouraged and I burnt all that I had once built. Recently, I've been feeling that I can't do without writing about what fascinates me, what impress me and attract my attention. Adam Lambert's performance turned out to be such a decisive point which made me give myself one more chance. I'd like to encourage you to write comments below the posts and to suggest what I could write about. I'm willing to take into account all your proposals.