wtorek, 26 lipca 2016

joan, czyli wszystko to, co kojarzy się z błogim spokojem


Nie znalazłam w sieci żadnego zdjęcia artystki, o której mowa w poście, dlatego poszperałam w swojej własnej galerii, aby wybrać zdjęcie pasujące do tworzonej przez nią muzyki. Jej muzyka to, jak widzicie w tytule, błogi spokój. Powyższe zdjęcie wykonałam w Puszczykowie koło Poznania. To wyjątkowe miejsce odwiedzam od wczesnego dzieciństwa i utożsamiam je z harmonią, naturalną aurą spokoju, co również charakteryzuje muzykę opisywanej poniżej artystki.

Nic nie piszę - moja niesłowność i brak regularnego pisania chyba nikogo nie dziwi. Mogłoby się wydawać, że dysponując wolnym czasem niemal od poniedziałku do piątku nic nie stoi na przeszkodzie, aby pisać przynajmniej raz w tygodniu. Ale przeszkoda jest - brakuje mi inspiracji do pisania, czegoś wstrząsającego, co sprawi, że nie będę mogła położyć się spać dopóki o tym nie napiszę. I nareszcie coś mną wstrząsnęło. 

Było to w nocy. Miałam już wyłączyć laptopa, ale zobaczyłam post Fismolla z nagraniem jego siostry. Zmęczenie po prawie dwudziestu przepracowanych godzinach w weekend, cicha letnia noc... co chciałabym usłyszeć? Coś idealnie współgrającego z nastrojem owej cichej letniej nocy.W ciągu dnia z moich głośników i słuchawek zazwyczaj leci muzyka Queen, szczególnie utwory z początku ich kariery, ale w walce ze zmęczeniem słuchanie takich kawałków jak Seven Seas of Rhye nie okazuje się skuteczną metodą. Сzego więc duszy potrzeba? Harmonii. Wyciszenia. Oczyszczenia - ze stresu, zmęczenia, zgryzoty, wyścigu dni powszednich. O tym, że kompozycje Fismolla pomagają osiągnąć stan błogiego spokoju wiadomo nie od dzisiaj. Przypisanie tej cechy muzyce jego siostry, która dopiero stawia pierwsze kroki w muzycznym świecie, też nikogo nie zdziwi. Nosząc nazwisko Glensk nie można ani zanudzać ani szkodliwie wpływać na umysł słuchacza. Odkrycie stanowi natomiast profesjonalizm, z którym joan (właściwie Joanna Glensk) skomponowała utwór So Shy. Po przesłuchaniu piosenki poczułam, że nie mogę jeszcze o niej napisać. Tradycyjnie odjęło mi mowę. Pozytywnie nacechowane przymiotniki są  zbyt pospolite, aby oddać niezachwiany spokój płynący z kompozycji tej młodej poznanianki. 

W sieci znajdziemy setki wykonawców nagrywających z pozoru podobne chilloutowe utwory, utrzymane w, że tak to określę, ascetycznym stylu. Ugrupowań tworzących muzykę mającą za zadanie kojąco wpłynąć na słuchacza powstało zdecydowanie za wiele i powielane schematy wcale nie zabierają znużenia, ale je powiększają. Wspomniani wykonawcy stale nagrywają identyczne kompozycje, różnice stanowi jedynie nazwa zespołu i tytuły piosenek. Wokal, jeśli męski, to powiela Jamesa Vincenta McMorrowa, a jeśli kobiecy, to obowiązkowo musi brzmieć łagodnie, a nawet przesłodko, co czasami staje się nie do wytrzymania (a skoro staje się nie do wytrzymania, to zamienia się w zaprzeczenie uspokajającej roli muzyki zespołu). W kwestii warstwy instrumentalnej to, jeśli nie ma gitary akustycznej lub klawiszy, występuje wyłącznie elektronika rodem z kanału na YT Electro Pose. Oto, co mnie irytuje - nadmiar wykonawców brzmiących identycznie, tak że jednego nie da się odróżnić od drugiego, bowiem nie maja oni żadnych cech indywidualnych. Jedyne, co cechuje tych małpujących od siebie wykonawców, to bycie jednym z wielu szarych, nie mających nic ciekawego do przekazania artystów (to słowo musi być koniecznie napisane w cudzysłowie lub kursywą). 

Na szczęście istnieją artyści z powołania, którzy pomimo otagowania na YT, last.fm i innych portalach słowami chillout i dream pop, nie szepczą do mikrofonu i nie powielają tego relaksacyjnego brzmienia, dominującego na YT w filmach ze zdjęciami zachodzącego słońca i innych przerobionych przy użyciu Instagramowych filtrów. Taką artystką z prawdziwego zdarzenia jest właśnie joan. Żeby dojść do takiego wniosku nie trzeba słuchać utworu So Shy kilka razy. Wystarczy niecała minuta, aby przekonać się o wrażliwości tej młodej kobiety. Jeśli konieczne jest wyznaczenie jakiegoś punktu odniesienia, porównania jej głosu do czegoś innego, przyjmijmy, że będą to wszystkie zjawiska i chwile kojarzące się nam z idealnym spokojem. Na przykład stąpanie boso po chłodnym piasku wybrzeża, które widzimy w teledysku. Ów delikatny i spokojny głos Joanny w połączeniu ze skromną warstwą instrumentalną kreują harmonię, wymazującą z umysłu słuchacza wszelkie lęki i wątpliwości, o czym zresztą mowa na początku utworu (I wanna cut your stress, I wanna cut your doubts, be brave, man). 

Nie wyobrażam sobie, aby joan kiedykolwiek występowała w małych pubach i klubach, gdzie ludzie będą tłoczyć się przy kuflach piwa i zatruwać swoje płuca papierosowym dymem. Nie, to do niej zdecydowanie nie pasuje. Siostra Fismolla powinna grać u brzegu morza, w które wpada zachodzące słońce, a jeśli nie tam, to na leśnej polanie. Jej wrażliwość nie nadaje się na tradycyjne sceny. 

Po przesłuchaniu So Shy nabierzecie przekonania, że Joanna i Arkadiusz to rodzeństwo, które rozumie się bez słów. I oczywiście utalentowane, bardzo utalentowane. 




wtorek, 5 lipca 2016

White Lies - Małe Kłamstwa, małe rozczarowanie/ Little Lies, little disappointment


Eliot Lee Hazel

| scroll down for the English version |
White Lies - trio z Londynu, do którego mam ogromny sentyment. Z muzyką panów z Wysp zetknęłam się jeszcze w gimnazjum i za sprawą ich brzmienia inspirowanego latami 80. zaznajomiłam się z kultowymi grupami, między innymi z Talk Talk, Echo & the Bunnymen, Joy Division, New Order i wieloma innymi. Doskonale pamiętam jak bardzo zależało mi na pójściu na koncert White Lies. Byłam jeszcze za młoda, by znaleźć możliwość dorobienia sobie paru groszy na bilet, dlatego odkładałam dosłownie każdą złotówkę, żeby móc ich zobaczyć. Może przez ten sentyment trudno zabrać mi krytyczny głos w sprawie ich twórczości. Ale pozwólcie, że spróbuję się przełamać.

Czy wydanie nowego albumu wiąże się z wprowadzeniem czegoś nowego do swojej muzyki? Niekoniecznie, ale oczekuje się, aby nowe piosenki nie były zwykłą kontynuacją poprzedniego krążka, a rozwinięciem, uzupełnieniem o coś więcej niż liczbę kolejnych podobnych dziesięciu czy dwunastu utworów. W przypadku White Lies każdy pojedynczy album jest specyficzny, charakteryzuje się inną stylistką niż jego poprzednik. Debiutancki To Lose My Life porównywano do grup takich jak Interpol, Editors, które z kolei kształtowały się pod wpływem między innymi wspomnianego Joy Division. Jeśli już trzeba znaleźć jakiś punkt odniesienia, posunąć się do szufladkowania, to zgodzę się, to prawda, pierwsza płyta McVeigha, Cave'a i Lawrence-Browna ma najwięcej wspólnego z przedstawicielami nurtu post-punk revival. Drugi zbiór kompozycji, Ritual, nazwałabym najbardziej eksperymentalnym albumem grupy. Znajdziemy na nim dłuższe, bardziej rozbudowane utwory jak Turn the Bells, Peace & Quiet czy Come Down. Do końca epoki Ritual White Lies byli kojarzeni ze smutnymi młodzieńcami w czarnych koszulach. Później przyszedł czas na więcej energii i optymizmu, czyli Big TV. Inspiracje brzmieniem lat 80. wciąż pozostały na pierwszym planie, jednak nikt nie mógł zarzucić panom z Londynu podążania szlakiem Interpolu czy Editors, a tym bardziej Joy Division. Z trzeciego krążka najbardziej rozpoznawalne są single There Goes Our Love Again oraz First Time Caller. Później nastąpiła długa przerwa, okres ciszy, w czasie którego nie było wiadomo co stało się z zespołem. Pojawiały się solowe kompozycje basisty i tekściarza Charlesa Cave'a, o których możecie przeczytać w jednym z postów na blogu, ale o czwartej płycie White Lies wiadomo było tylko tyle, że powstaje, a kiedy będzie i co na niej się znajdzie (pomijając fakt, że będą to nowe piosenki) nie wiedział nikt aż do pewnego momentu w połowie czerwca, kiedy zapowiedziany został nowy kawałek. Take It Out On Me zwiastujące album Friends opublikowali, zgodnie z obietnicą, w serwisach streamingowych. Jeden utwór to stanowczo za mało, aby ocenić nowy album, ale można pogdybać o tym, co usłyszmy w październiku. Pozwólcie, że spróbuję. 

Take It Out On Me zaczyna się od brzmienia syntezatorów, w które wchodzi perkusja i bas. Od pierwszych sekund słyszmy energię w stylu Big TV. Zwrotka i refren tylko to potwierdzają - są chwytliwe, łatwo je zapamiętać jak There Goes Our Love Again, Be Your Man, Mother Tongue czy First Time Caller. Od sukcesu Bigger Than Us White Lies wiedzą, że jednym ze sposobów na przebój jest wielokrotnie powtarzany refren. Ów patent został wykorzystany również w przypadku nowego singla. Co się tyczy wokalu McVeigha - zastrzeżeń mieć nie można, jest niezmiennie niski i rozpoznawalny. Skoro Take It Out On Me jest przebojowe i melodyjne, to w czym tkwi problem? W tym, że jako utwór promujący nowy album nie wywołuje takiego wrażenia jak single zapowiadające poprzednie płyty. Brzmi dynamicznie, szybko zapisuje się w pamięci, ale nie widać żadnych nowych inspiracji, żadnych nowych ścieżek, do czego White Lies już nas przyzwyczaili, przynajmniej mnie. Przywykłam do tego, że każdy ich krążek przypomina film, układa się w określoną historię o specyficznym charakterze, która w przyszłości nie zostanie więcej razy powielona. Take It Out On Me pozostawia niedosyt, wrażenie, że przynależy do Big TV, że jest jego kontynuacją, a nie zapowiedzią krążka Friends. Mam nadzieję, że się mylę i czwarta płyta White Lies zaowocuje nowymi historiami o niepowtarzalnym charakterze.

Eliot Lee Hazel

White Lies - London-based trio that I have a certain affection with. I stumbled upon their songs in lower secondary school and it was them who made me get familiar with the legendary bands, among which are Talk Talk, Echo & the Bunnymen, Joy Division and many others. I have a great recollection of my desire to go to their first concert in my hometown. I was too young then to get a possibility to earn some money, that's why I saved literally every penny to be able to buy the ticket. It may be the sentiment that hinders me from talking critically about their work. But let me try.

Should every single new album introduce something new to the band's music? Not really, but it is expected to be more than a usual extension of the previous album, to be its development, providing us with something more than just another similar ten or twelve new songs. Everyone who has ever listened to all the three White Lies albums should agree that each of them is specific and can be characterised as different from its predecessor. Their debut To Lose My Life is often compared to bands such as Editors, Interpol, which developed under the influence of Joy Division. If it is necessary to find some benchmark, to pigeonhole To Lose My Life, I'll agree that it is the closest of all the three albums to the mentioned above representatives of post-punk revival. The second colletion of songs Ritual can be described as the most experimental one, containing longer, elaborate compositions such as Turn the Bells, Peace & Quiet and Come Down. Till the end of Ritual age White Lies were usually associated with sad young men in black shirts. The next era - the era of Big TV - brought more energy and optimism. Although the sound of the 80's was still in the foreground, no one could accuse the trio of following the paths of Editors and Interpol and therefore it couldn't be compared to Joy Division either. Big TV is best known for the promotional singles There Goes Our Love Again and First Time Caller. And what came later was the period of silence during which nobody knew what was going on with the band. Charles Cave, White Lies bassist and songwriter, released a few solo songs (which I described here some time ago), but the case of the fourth album remained a secret. All what was known was that it was being recorded but nobody knew what would appear on it (apart from the certain fact that it would contain new songs). The comeback of White Lies finally happened in the middle of June. McVeigh, Cave and Lawrence-Brown revealed that the album Friends is going to be released in October and, to fulfill the desires of fans, they published a new song Take It Out On Me in streaming services. Of course one song is insuficient to rate the new album, but on the basis of it we can try to predict what it will sound like. 

Take It Out On Me starts with synths followed by drums and bass. From the first seconds we hear the energy of Big TV, and this similarity is proved by the opening stanza and the chorus. They are catchy and can be easily remembered like There Goes Our Love Again, Be Your Man, Mother Tongue and First Time Caller. It seems that after the huge popularity of Bigger Than Us White Lies discovered one of the recipes for success - repeating chorus multiple times. That method was used in Take it Out On Me too. As to McVeigh's vocal there's nothing to be dissatisfied with - it is low and can be identified only with White Lies. So if Take It Out On Me is catchy and melodic, is there anything wrong? As the promo single, it does not create the impression as the songs heralding the previous albums. It sounds dynamic, one can't get it out of their head, but neither new inspirations nor new paths can be heard. I can't call it disappointing, what I would like to emphasize is the fact that we got used to getting new stories (at least I got used to it) from White Lies. Each of their albums reminds us of a film plot, each of the stories is specific and won't appear on the next album. Take It Out On Me leaves me wanting more, it creates the impression of belonging to Big TV, the impression of being its sequel, it does not seem to herald the fourth album Friends. I wish I was wrong, I hope Friends will provide us with another unique stories. 


niedziela, 3 lipca 2016

Life Festival Oświęcim dzień drugi - przeplatanka kulturowo-pogodowa



Od tegorocznej edycji Life Festival Oświecim mijają właśnie dwa tygodnie, a ja dopiero teraz zabieram głos. Przygniótł mnie ciężar życia codziennego, zwalił z nóg do tego stopnia, że nie mogłam nawet usiąść i pomyśleć o koncercie, o którym wcześniej jedynie marzyłam. Nie zdążyłam także lepiej zaznajomić się z twórczością wykonawców, którzy pojawili się na scenie w drugi dzień festiwalu. A jest z czym się zaznajamiać – to muzycy, obok których przejść obojętnie nie można. Chyba że komuś słoń nadepnął na ucho.



Przedostatnia niedziela czerwca przypadła w sam środek fali wczesnoletniego żaru. Na oświęcimskim stadionie, jak zresztą na każdym, nie ma ani jednego drzewa, nie ma gdzie skryć się przed słońcem. Moim jedynym ratunkiem był kapelusz i zimny Red Bull. Szybko jednak okazało się, że nie ma się czym martwić – scena dostarczała takiej atmosfery, że żadne warunki atmosferyczne, czy to pustynna gorączka czy kataklizm w postaci burzy z piorunami i wichury, nie są w stanie zepsuć idyllicznej aury. 



Nie zdążyłam na występ Electro Pyramid, zaś koncertu Humam Ammari widziałam jedynie fragment, dlatego o tych wykonawcach nie mogę nic powiedzieć. Ale nareszcie miałam okazję usłyszeć na żywo Taco Hemingway'a, który w naszym rodzimym przemyśle muzycznym trochę namieszał i zasłynął przede wszystkim jako głos młodego pokolenia. Taco nie owija w bawełnę, śpiewa o polskiej codzienności, przedstawiając ją taką jaka jest dla większości młodych Polaków – zgubna i niepewna, w której rozwój osobisty to pojęcie abstrakcyjne. Widać to m.in. w utworach 6 zer i Następna stacja, których nie zabrakło w repertuarze przygotowanym na występ w Oświęcimiu. Nie można powiedzieć, że był to występ zjawiskowy, bowiem na scenie był tylko Taco i pan ze sprzętem (Apple oczywiście pozycją obowiązkową), ale nie można też powiedzieć, że był to występ nieciekawy. Odkąd Taco Hemingway odniósł sukces, chciałam usłyszeć jego muzykę na żywo właśnie w takiej scenerii jak na Stadionie MOSiR – środek lata, upał, ludzie siedzący na trawie z piwem w plastikowych kubkach. Brakowało tylko wody, plaży, leżaków i stolików z palet. Zauroczyła mnie swoboda Taco, dla którego występ na LFO niewątpliwie do najłatwiejszych nie należał. Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że macie wyjść na scenę i zagrać przed tysiącami ludzi czekających na legendarny zespół. Wszyscy czekają na legendę, a wykonawców pojawiających się przed nimi traktują jako kolejny punkt programu, który trzeba odhaczyć i znieść cierpliwie, żeby dotrwać do gwiazdy głównej. Pierwsza myśl muzyka znajdującego się w położeniu Taco Hemingway'a mogłaby być następująca: cholera, po co mam wyjść na scenę? I tak nikt nie będzie zainteresowany. Wszyscy czekają na Queen. Na szczęście Taco nie uległ pesymizmowi i wyszedł na scenę, dzięki czemu z pewnością zdobył sobie nowych sympatyków, na przykład mnie. Już to powiedziałam, ale nie zaszkodzi mi wspomnieć raz jeszcze: urzekła mnie jego swoboda, spontaniczność i szczerość, kiedy pod koniec występu powiedział: Wiem, że czekacie na Queen, ale efekt został osiągnięty – zobaczyłem kilka osób w koszulkach Queen podrygujących do moich piosenek. Za takie podejście do występu przed legendą rocka należy odnotować plus. 


 

Po zejściu Taco Hemingway'a ze sceny przyszedł czas na dwie grupy, o których istnieniu nigdy nie słyszałam i w naszym zachodnim świecie nie ma w tym nic dziwnego. Z bólem serca przyznaję, że prawie nikt nie interesuje się muzyką z Bałkanów i Izraela. Jest czego żałować: wiele zespołów z południa i wschodu ma do zaoferowania niepowtarzalne brzmienie, które jest połączeniem wpływów zachodnich i muzyki rodzimej. Takie zestawienie wcale nie musi być kiczowate i pstrokate – Jeremy? oraz Ninet Tayeb są dowodem na to, że można stworzyć kompozycje wprawiające w pozytywne zaskoczenie. Trzymając się chronologii, zacznę od Jeremy?, których media zaszufladkowały jako bałkański zespół (…) którego muzyka porównywana jest z brzmieniem Kings of Leon czy Editors. Inspiracje tymi formacjami rzeczywiście można usłyszeć w takich utworach jak Too Wrong to Get it Right czy King Kong, brzmiący podobnie jak Sugar Editors, jeśli już trzeba znaleźć jakiś punkt odniesienia. Kiedy zobaczyłam długowłosego wokalistę w ciemnych okularach i czarnym żakiecie, pomyślałam, jak to już nasza ludzka natura lubi dążyć do uogólnień, pewnie jakiś drugorzędny rock, a lider kreuje się na gwiazdę. Oczywiście byłam w wielkim błędzie, gdyby było inaczej, nie pisałabym o tym. Panowie Mustafov, Kolev, Vatev i Bonev przywitali polską publiczność energicznymi rockowymi kawałkami, którym nie można było zarzucić drugorzędności czy jak kto woli prowincjonalności. Jeremy? od pierwszych minut występu na Life Festival pokazali klasę i kiedy później przeczytałam, że sam Brian May i Roger Taylor z Queen zaprosili ich do zagrania przed ich koncertem w Polsce i w Bułgarii, byłam już pewna, że to nie moja skłonność do idealizowania ulubionej muzyki, ale, mówiąc potocznie, oczywista oczywistość. Bułgarscy rockmani tworzą muzykę na wysokim poziomie, która brzmi znakomicie nie tylko w wersji studyjnej. W Oświęcimiu podczas jednej godziny ujawnili umiejętność do swobodnego przechodzenia od ostrego gitarowego grania, podskakiwania na scenie, ściągania koszulki na scenie i wygibasów z gitarą do ballad, nastroju melancholii i wyciszenia emocjonalnej burzy. Na nudę i jednorodność nie można było narzekać: frontman Jeremy?, Ersin Mustafov, przejął scenę jak przywódca rockowej kapeli z prawdziwego zdarzenia – dużo się ruszał, zrzucał z siebie garderobę, aż w końcu położył się na scenie. Jak przystało na rockmana z krwi i kości, a przede wszystkim rockmana z bułgarskim żywiołem we krwi, oprócz dynamizmu Mustafov zachował dobry, mocny wokal. Naszym braciom Słowianom z południa nie mam nic do zarzucenia. Taki koncert rockowy, podczas którego energia współgra z talentem, to czysta przyjemność, dlatego liczę na to, że zauważy ich Jurek Owsiak i zaprosi na Woodstock. 

 


Od występu żywiołowych Bułgarów utwierdziłam się w przekonaniu, że do zamknięcia bram oświęcimskiego stadionu witalność nie opuści miejsca imprezy i głupotą byłoby narzekać na brak wrażeń i niski poziom festiwalu. Pojawienie się na scenie kolejnych artystów, mianowicie Ninet Tayeb ze swoim zespołem, okazało się prawowitą kontynuacją bułgarskiej energii i uzupełnieniem jej o pierwiastek izraelski. Od zespołu z Izraela oczekiwałam stworzenia niepowtarzalnej atmosfery, której doświadczyłam w 2014 na koncercie wspomnianego w jednym z postów Idana Raichela. Nie ukrywam, mam słabość do wschodniego brzmienia, do dźwięku instrumentów, których niestety nie potrafię nazwać, bo nie jestem specem w tej dziedzinie, moja fascynacja przekłada się jedynie na rozpływanie się w tychże dźwiękach, bez zgłębiania się w wiedzę teoretyczną. Ale do rzeczy: czy Ninet Tayeb ze swoją ekipą rozczarowali moje oczekiwania? Kiedy przed występem zapowiedziano, że to grupa rockowa, czułam się rozczarowana. Pomyślałam: o nie, nie będzie żydowskiej aury, wschodnich śpiewów, hebrajskiego gardłowego 'ch' i pozostałych elementów, którymi rozkochał mnie w sobie Raichel na Europejskim Stadionie Kultury. Po hebrajsku Ninet nie śpiewała, ale żydowska aura i wschodnia maniera została włączona do rockowego brzmienia. Pstrokacizna, kicz? Nie. Wyobraźcie sobie Joan Jett z egzotyczną urodą i czerwonym pasmem włosów, która swój hit I Love Rock'n'Roll wzbogaca o pierwiastek Bliskiego Wschodu, przejawiający się zarówno w charyzmie, jak i w charakterystycznym dla tamtejszej kultury śpiewem, trudnym do naśladowania, a także w rytmie i melodii utworów. Taka właśnie jest Ninet i takie połączenia słychać w jej twórczości. Muzycy z Izraela byli pierwszymi, którym udało się rozruszać publiczność czekającą na występ Queen. Tak było m.in. podczas Superstar – utworu, w którym Ninet pokazała rockowy pazur, a cały zespół dowiódł temu, że potrafi doskonale zestawić zachodni rock ze swoją rodzimą kulturą. Jak można nie zachwycić się wschodnią partią wplecioną w tę kompozycję? Ja bym nie potrafiła. Oprócz własnych kompozycji artystka z Izraela postanowiła przedstawić własną aranżację Crazy Gnarlsa Barkley'a i Purple Rain Prince'a. Podczas tego drugiego, przynajmniej takie było moje odczucie, większość publiki zamilkła z zachwytu. W wykonanie Purple Rain Ninet Tayeb włożyła całe serce, niesamowicie oddając emocje związane z utworem, a także wzbogaciła go o wielokrotnie wspominaną w tym akapicie wschodnią aurę. Zjawiskowość? Nie wiem czy to odpowiednie słowo, ale trudno znaleźć inne, które mogłoby oddać charakter występu grupy z Izraela. Byli to także pierwsi muzycy, których wezwano do zagrania na bis. Przyjęcie, z jakim spotkali się w Polsce, zaskoczyło ich, Ninet sama przyznała pod koniec występu, że nie spodziewała się takiej reakcji. Ktokolwiek z organizatorów wpadł na pomysł zaproszenia pani Tayeb z zespołem na Life Festival, powinien dostać honorową odznakę za niezwykły wkład w urozmaicenie życia Oświęcimia od prezydenta miasta. 






Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, na scenie pojawiła się pierwsza z zaproszonych legend rocka – grupa, której nie można pominąć, mówiąc zarówno o polskiej muzyce gitarowej, jak i o polskiej muzyce w ogóle. Ich przeboje, szczególnie Nie płacz Ewka, Chcemy być sobą i Autobiografia, to utwory, które trwale zakorzeniły się w polskiej kulturze. Przesadą nie będzie stwierdzenie, że fragmenty tekstów tychże hitów zna każdy Polak już od wczesnego dzieciństwa. Ten zespół, który stał się inspiracją dla wielu muzyków, to oczywiście Perfect z unikatowym głosem Grzegorza Markowskiego. Myślicie, że w wieku 62 lat nie można już władać sceną i tysiącami ludźmi? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, to tkwicie w ogromnym błędzie. W tej kwestii wiek nie gra żadnej roli. Można być w sile wieku, być przebojowym dwudziestolatkiem, a jednocześnie być niewystarczająco charyzmatycznym, aby zjednać sobie publikę liczącą tysiąc ludzi. Można być w podeszłym wieku, przekroczyć sześćdziesiątkę i nadal być faworytem serc tysięcy osób. Potwierdza to nie kto inny jak Grzegorz Markowski, długowłosy rockman, który wciąż jest aktywny w świecie muzycznym i nie robi tego dla powiększenia dochodów, ale z pasji, z miłości do muzyki. Skąd to wiem? Powiedział mi? Nie, wystarczyło zobaczyć występ grupy Perfect na Life Festival w Oświęcimiu, by przekonać się, że Markowski czy Kozakiewicz żyją występami scenicznymi oraz dzieleniem się muzyką i emocjami z publicznością. Tak jak Ninet Tayeb rozruszała fanów Queen, tak Perfect sprawił, że fani legendy światowego rocka zapomnieli o konieczności przeczekania kolejnego koncertu i odhaczenia kolejnego punktu programu i dali się ponieść zabawie przy największych przebojach polskiej muzyki rockowej. Przy wspomnianych szlagierach Nie płacz Ewka, Autobiografia, Chcemy być sobą oraz Ale wkoło jest wesoło czy nadal świeżej piosence Wszystko ma swój czas z albumu Dadadam trudno było znaleźć osobę stojącą sztywno jak kłoda, z założonymi rękoma i grymasem na twarzy. Świadczy to tylko o jednym: Perfect wie, że wszystko ma swój czas i przychodzi kres na kres. Muzycy czują, że ich kres jeszcze nie nadszedł, że wciąż mogą stać na scenie i napełniać tysiące osób energią, jak i wlewać w nich sentyment i wyciszenie. Markowski nie stoi przed mikrofonem bez koszulki, te czasy już minęły, ale nie oznacza to, że jego głos stracił siłę. O nie, tego nie można mu zarzucić. To wokal-historia, a może nawet wokal-wino – z wiekiem dojrzewa i doskonali się.



Ostatni punkt programu odhaczony. Przez cztery występy trwała doskonała zabawa, jednoczenie ludzi i kultur, Zachodu i Wschodu. Ale pomimo charyzmy wykonawców, ich niepowtarzalnego stylu i nietuzinkowych kompozycji w każdej przerwie wracała ta myśl – to już dzisiaj, to już za kilka godzin, to już za półtorej godziny. Od tej myśli nie szło się odpędzić, to było niemożliwe. Biorąc pod uwagę datę ogłoszenia głównej gwiazdy drugiego dnia festiwalu, czekałam na ów koncert 150 dni. Dodatkowo przez około 130 dni byłam niemal pewna, że będę musiała pogodzić się z nieznośną koniecznością pozostania w domu i zrezygnowania ze spełnienia mojego wielkiego koncertowego marzenia. I w końcu nadszedł ten dzień. Wyolbrzymiam, tak, wiem, lubię hiperbolizować w moich tekstach, taka moja skłonność i już nic na to nie poradzę, dlatego pozwolę sobie dodać coś jeszcze. Wciąż nie wierzę, że to stało się naprawdę, że ten koncert się odbył i że ja na nim byłam. To był występ niezapomniany. Czytając takie nacechowane emocjami zdania wiecie już, że to relacja, w której nie kryję własnej subiektywnej opinii, ale czy istnieją relacje obiektywne? Wątpliwe. Możemy wyróżnić tylko dwa rodzaje relacji: czysto subiektywne i subiektywne dążące do złudzenia obiektywizmu. Ale do rzeczy. Znów odchodzę od głównego tematu, jeszcze chwila i relacja z festiwalu przerodzi się w poemat dygresyjny.



W kwietniu wybrałam się na koncert Adama Lamberta w Warszawie, który opisałam w pierwszym poście na blogu. Na zakup biletu na ów występ zdecydowałam się między innymi w wyniku mojej obawy, że nie będę mogła pojechać na Queen + Adam Lambert w Oświęcimiu. Bardzo i to bardzo ciekawiło mnie jak Lambert brzmi na żywo, czy rzeczywiście jest talentem zasługującym na koncertowanie z Brianem May'em i Rogerem Taylorem na jednej scenie, czy May nie przesadza, nazywając go darem od Boga. W podsumowaniu przemyśleń dotyczących solowego występu Lamberta napisałam następujące słowa: Kiedyś wydawało mi się dziwne, że Adam Lambert dostał propozycję występowania z Queen. Wydawało mi się, że Queen powinni postawić na rockmana z prawdziwego zdarzenia, na frontmana niszowej gitarowej kapeli z wokalem o szerokich możliwościach. Teraz nareszcie rozumiem, dlaczego wybór padł na Adama. Wiadomo, że Mercury'ego nie da się zastąpić. Ale żeby móc stanąć na jednej scenie z Brianem May'em i Rogerem Taylorem, trzeba być pewnego rodzaju muzycznym kameleonem. Przez ów pojęcie należy rozumieć utalentowanego człowieka o niepowtarzalnym wokalu i niebanalnych zdolnościach aktorskich, pozwalających mu na swobodne przechodzenie z wolnych utworów do energicznych; ponadto muzyczny kameleon to także ten, który pomimo sławy i pieniędzy potrafi szczerze się uśmiechać i wyrażać zachwyt nad pozytywnym przyjęciem przez publikę. Lambert jest muzycznym kameleonem i nawet jeśli nie jest się zwolennikiem jego muzyki, warto zobaczyć go w akcji. Bo, określając zwięźle dwoma słowami i kończąc ten słowotok, jest niepowtarzalny. Powiedziałam, że warto zobaczyć go w akcji. Dzisiaj dodam do tego zdania dwa słowa – z Queen. Warto zobaczyć go w akcji z Queen.



Nie będę nikogo zmuszać do pokochania Lamberta. Rozumiem sceptyczne podejście fanów Queen do amerykańskiego muzyka, który ani nie wygląda jak Freddie Mercury, ani nie brzmi jak Freddie Mercury, ani nie nagrywa solowej muzyki w stylu Freddiego Mercury'ego. A do tego niektórym może wydawać się kontrowersyjny: otwarcie przyznaje się do bycia homoseksualistą, maluje paznokcie na czarno, zmienia kolor włosów jak rękawiczki, a podczas występów potrafi przebrać się cztery razy i założyć buty na obcasie. Pod nagraniami z występów, zwłaszcza tymi pojawiającymi się na oficjalnym koncie zespołu na YT, można zauważyć komentarze w stylu Freddie przewraca się w grobie, Freddie nie chciałby dożyć tych czasów; Ten pedał nie umie śpiewać; Freddie przynajmniej nie był gejem; To chłopak z talent show i tam jest jego miejsce; Niech idzie śpiewać na karaoke w pubie; Czy oni nie mogli znaleźć kogoś lepszego? Przecież są setki lepszych wokalistów. I tym podobne. Ale cieszy mnie fakt, że przeważają głosy pozytywne, głosy podzielające opinie May'a i Taylora. Ponadto wielu fanów Queen pisze komentarze, że przekonali się do Adama i ich zdaniem z występu na występ prezentuje się coraz lepiej. A ja? Ja jestem uzależniona od tego głosu. Poza tym Lambert to istne zwierze sceniczne, muzyczny kameleon, który oprócz czystego wokalu i umiejętnego śpiewania gra w czasie występu jak całkiem niezły aktor. A skoro już się rozpływam w zachwycie nad Adamem, to dodam jeszcze, że Paul Rodgers także jest posiadaczem dobrego wokalu, który można wychwalać i słuchać go dniami i nocami, jednak w trasie z Queen brakowało mu dwóch istotnych elementów: charyzmy i zdolności aktorskich. Brak wystarczającego zapasu charyzmy ujawniał się w takich utworach jak Another One Bites the Dust. Posłuchajcie, obejrzyjcie i może przyznacie mi rację, że to nie jest piosenka, którą śpiewa się, żeby dobrze odśpiewać i zadowolić publikę dobrym głosem. Adam zaś, według mnie, ten kawałek wykonuje najlepiej z całego repertuaru, ulega jego dynamice i staje się jego częścią. Jeśli te słowa zostaną przeczytane przez fanów Queen pałających odrazą, a nawet nienawiścią do Adama Lamberta, nie przeproszę za mój nadmiar zachwytu. Bo jestem święcie przekonana, że nie ma za co przepraszać. Może on wam nie pasować jako wokalista odtwarzający kompozycje, które śpiewał Mercury, ale nie możecie odmówić mu talentu i obrzucać go obelgami w stylu pedał, który maluje paznokcie. Ale do rzeczy! Znowu odeszłam od pisania o występie Queen + Adam Lambert na Life Festival w Oświęcimiu.



Ciemne złowieszcze chmury zawisły nad oświęcimskim stadionem po występie Jeremy?, ale nie zwiastowały wielkiej ulewy. Do 23 rzeczywiście ulewy nie było. Ale równo o 23, wraz z oświetleniem na niebiesko kurtyny z wizerunkiem logo zespołu, rozpoczęło się prawdziwe oberwanie chmury. To nie był przyjemny deszcz nocy letniej, ale potok wody wylewanej z niebiańskiego wiadra. I jak tutaj bawić się, cieszyć się koncertem legendy rocka, koncertem wyczekiwanym 100, 150 dni, a może i 20 lat, a nawet całe życie? Przecież tak się nie da. I co ja mam na przykład w takiej sytuacji powiedzieć, w nocy poprzedzającej koncert położyłam się spać z włosami pozawijanymi w koczki, żeby mieć ładną fryzurę, do tego wykonałam eyelinerem grube czarne kreski, bez których nie wychodzę nawet do sklepu, a włosy oczywiście spryskałam lakierem... przecież wszystko się rozpadnie, rozpłynie, do tego długa czarna suknia, która zmoczy się i przybierze postać podłużnego płaskiego mopa do mycia parkietów, a kurtka ze skóry ekologicznej prześmierdnie wilgocią i zgnilizną, o kapeluszu już nawet nie wspomnę... I jak tutaj bawić się, cieszyć się koncertem legendy rocka, koncertem wyczekiwanym 100, 150 dni, a może i 20 lat, a nawet całe życie? Przecież tak się nie da. I znów powiem, że oczywiście tkwiłam w błędzie, a gdyby było inaczej, gdybym miała rację, gdyby moje obawy się sprawdziły, nie pisałabym o tym.



Niebieskie światło rzucone na kurtynę z logo zespołu, a z nieba leci potok, wodospad... godzina 23, to za chwilę się stanie, widać już ich cienie, oni są tak blisko, oni są w tym samym miejscu, co ja, co tam deszcz, co tam potok, wiadro z nieba i przeistaczanie się w potwora z Loch Ness, kiedy kurtyna punktualnie opada i w odległości paru metrów widzisz ich, ich, czyli tych, którzy przyczynili się do powstania tych legendarnych utworów, którzy stali się inspiracją dla milionów, którzy żyli, pracowali i grali z legendą – Freddiem Mercurym! A pośród nich ten, który łączy pokolenia, który nie próbuje naśladować Mercury'ego, ten, który jest utalentowaną bestią sceniczną. Tak, to oni – Brian May, Roger Taylor na jednej scenie z Adamem Lambertem, na scenie w Oświęcimiu, na jedynym koncercie w naszym kraju! Różowe światło przeplata się z ostrą krwistą czerwienią. Zabrzmiała znana gitara, fragment piosenki, której słucham w kółko – One Vision! Adam Lambert pewnym krokiem idzie w samym centrum sceny, znów wygląda kosmicznie – ma kosmiczne okulary i kurtkę przyozdobioną niezliczoną ilością ćwieków. A obok niego on, słynny gitarzysta nie do podrobienia – Brian May! Jest w nim tyle energii, ile w Lambercie. Czy to możliwe, że za chwilę stuknie mu siedemdziesiątka? Nie, to niemożliwe, ale przecież wszystko ma swój czas i przychodzi kres na kres, oni zatem też wiedzą, że ich kres jeszcze nie nadszedł. One man, one goal, one mission, one vision! Kwiki i okrzyki one vision, a Lambert pokazuje niedowiarkom, że potrafi zaśpiewać nie tylko taneczne Ghost Town, ale również rockowe kawałki, także te najostrzejsze, jak Stone Cold Crazy, które za chwilę się pojawi. Razem z May'em cały czas chodzą po scenie, podchodzą do siebie, są jak najlepsi przyjaciele. Z kolei Taylor ze skupioną miną uderza w perkusję – to skupienie nie zmienia się od lat, a siła wciąż jest ta sama. Jedyna zmiana to siwa broda i siwe włosy – ale oczy i siła wciąż te same, co u słodkiego blondyna z dawnych lat.




Pierwsza część koncertu składa się z ostrzejszych utworów – One Vision, Hammer to Fall, Seven Seas of Rhye, Stone Cold Crazy oraz Fat Bottomed Girls i Another One Bites the Dust. Szczególnie podczas ostatnich trzech rusza się niemal wszystko (i wtedy też Adam brzmi najlepiej) i nie wiadomo na czym zatrzymać wzrok – Adam raz jest z lewej strony, za chwilę z prawej, Brian przebiega raz tu, raz tam, za chwilę stojak od mikrofonu też gdzieś frunie, a energii płynie tyle, że nie można stać jak kłoda, trzeba się ruszyć i nawet jeśli nie zna się tekstu, to trzeba sobie coś tam zanucić i trochę pofałszować pod nosem. A deszcz? Tylko jacyś nudziarze z przodu trzymają parasol i denerwują innych, bo zasłaniają im widok. Reszta jednak deszczu się nie boi albo już w ogóle o nim nie pamięta. Tak trzymać!

Chwila przerwy. Lambert wraca przyodziany w czarne piórka, czarne spodnie-dzwony, całość dopełniają buty na wysokim obcasie. Przyszedł czas na teatralną część koncertu, którą otwiera Play the Game. Początek utworu wydaje się być trudny do zaśpiewania, ale ten, którego May nazywa darem od Boga, musi sobie poradzić i tak też się dzieje – Lambert stoi za Taylorem i oprócz czystego wokalu zaczyna swoją grę sceniczną. Na scenę wjeżdża czarny tron, jeśli ktoś śledzi nagrania z występów Queen, to doskonale wie, co się święci – Killer Queen i Adam w roli rozkapryszonej damulki. Mimika jego twarzy zmienia się średnio co sekundę, a głos ani trochę nie traci na aktorskiej błazenadzie i wygibasach – to niezmiennie klarowny tenor. Kolejnymi pozycjami w teatralnej części koncertu są Don't Stop Me Now i Somebody to Love, poprzedzone Adamową przemową Ladies and gentleman of Poland, who is here in love? i zakończone wokalnym popisem.



Trzecia część to przejęcie sceny przez oryginalnych członków grupy, Briana May'a i Rogera Taylora. Pierwszy z nich wykonał Love of My Life, drugi – It's a Kind of Magic. Zgodnie z tradycją May nie powstrzymał się od wypowiedzenia kilku słów po polsku (dobrze tutaj wrócić, dobry wieczór Polsko) wyciągnięcia selfie sticka i pstryknięcia pamiątkowego zdjęcia z polską publicznością. Bez względu na stosunek fanów Queen do Adama Lamberta, ta część koncertu była niewątpliwie jedyną, która zjednoczyła wszystkich i miała najbardziej sentymentalny charakter. Czuło się ducha Freddiego, szczególnie wtedy, kiedy cały stadion rozświetlił się lampkami z telefonów podczas Love of My Life, czuło się obecność tego, bez którego Queen nie odniosłoby takiego sukcesu. Muszę jeszcze dodać, że zarówno May, jak i Taylor w tej części występu okazali się nie tylko znakomitymi muzykami, ale i wokalistami. It's a Kind of Magic w wykonaniu Taylora ma osobliwy charakter z racji na jego zachrypnięty rockowy głos. Tak świetnie się go słucha w roli wokalisty!



Przychodzi jeszcze jedna szansa na usłyszenie śpiewającego Taylora – w następnym kawałku z setlisty, którym jest Under Pressure. Tak jak wcześniej nie ulegało wątpliwościom, że Lambert i May świetnie się dogadują niczym najlepsi przyjaciele, tak w Under Pressure to samo pokazał jego kontakt z Taylorem. Nie można od nich oderwać wzroku ani słuchu, aż łezka się w oku kręci na myśl, że oryginalni członkowie Queen znaleźli młodego człowieka, z którym czują się na scenie jak ryba w wodzie.



Po Crazy Little Thing Called Love, I Want to Break Free i I Want it All przychodzi pora na Who Wants to Live Forever, nastrojową, wypełnioną emocjami kompozycję, w której Adam także doskonale się sprawdza, nie tylko za sprawą swojego wokalu, ale również dzięki swojej zdolności wczuwania się w sens utworu, odpłynięcia ze sceny do myśli, dzięki której powstał ów poruszający tekst. 

 



Atmosfera wewnętrznego poruszenia przedłużyła się za sprawą rozbudowanej partii gitarowej Briana May'a. To był moment, w którym cały stadion należał do niego i do jego pasji – muzyki i kosmosu. Scena przyjęła formę wszechświata – kosmiczne światło i May w samym sercu scenicznego kosmosu na kilkumetrowym słupku. Tak potrafi grać tylko on i był to najlepszy moment, żeby przekonać się, że show must go on (którego na setliście paradoksalnie zabrakło).



Później w stylu kameleona spokojny nastrój zamienia się w rockowe szaleństwo przy Tie Your Mother Down, by znów zwolnić tempo przy fenomenalnym Bohemian Rhapsody, jednym z najbardziej zjawiskowych i wpływowych utworów w historii muzyki rockowej. To także piosenka, która otworzyła Lambertowi drzwi do kariery – zaśpiewał ją na przesłuchaniu do American Idol



Dwa najbardziej rozpoznawalne kawałki, wszechobecne w mediach, na stadionach i w naszym życiu codziennym, wybrzmiały po Radio Gaga. Mowa oczywiście o We Will Rock You i We Are the Champions. Kiedy nadchodzi moment zagrania tychże utworów, można odnieść wrażenie, że May i Taylor nie lubią rozstawać się ze sceną. Gdyby czas nie gnał ich do innego miejsca na kolejny koncert, może zostaliby kilka minut dłużej i zagrali coś jeszcze. Wiek i siwizna nie skłoniły ich do myśli o pójściu na emeryturę i zerwaniu z życiem w trasie. Ci panowie wciąż czują się młodzi duchem, w ich żyłach wciąż płynie energia jak w niedoścignionym brzmieniu We Will Rock You i to niewątpliwie skłoniło ich do poszukania charyzmatycznego wokalisty, który pomoże im zachować młodość do końca. Nie dziwię się, że nazywają Adama Lamberta darem. Istnieją setki i tysiące utalentowanych wokalistów, ale nie każdy ma w sobie to coś, czyli nie każdy jest, jak już to ujęłam, scenicznym kameleonem. Lambert łączy w sobie dobry wokal, umiejętności aktorskie i jeszcze jeden istotny element – szacunek wobec oryginalnych członków. Chociaż widzimy, że po scenie stąpa pewnym krokiem, wszędzie go pełno, to nie odnosi się wrażenia, aby starał się przyćmić May'a i Taylora. Jest raczej odwrotnie: ustępuje im, jakby obawiał się posądzenia o przywłaszczenie sobie utworów, których nie napisał i sceny, którą należy dzielić z tymi, którzy te utwory napisali. Za dużo już powiedziałam, ale pozwolę sobie powiedzieć coś jeszcze: show must go on, czy ktoś tego chce czy nie.