sobota, 27 maja 2017

ONUKA, czyli ukraińska definicja piękna



W tym poście, podobnie jak w poprzednim, przedstawię Wam wspaniaych ludzi, o których dowiedziałam się dzięki finałowi Eurowizji. Nie są to jednak żadni z uczestników, a ukraińska grupa ONUKA, która pojawiła się gościnnie i zaprezentowała swoją twórczość po występie finalistów. 



We wpisie opublikowanym po finale Eurowizji na portalu Brand New Anthem powiedziano, że ONUKA i Jamala, zwyciężczyni Eurowizji 2016, wygrały tegoroczną Eurowizję. Chociaż w tegorocznej odsłonie konkursu zaprezentowało się wielu godnych uwagi artystów, serwujących muzykę alternatywną na dobrym poziomie, uważam, że zabrakło nastroju obecnego w twórczości ONUKA. Muzyka ukraińskiej grupy bywa określana jako electro-pop, jednak z racji na szerokie znaczenie tego pojęcia, należy dodać, że nie jest to electro-pop w takim wydaniu, w jakim znamy go z utworów zachodnich wykonawców. To coś zupełnie innego, fascynującego umiejętnym wykorzystaniem elementów ukraińskiej muzyki ludowej. Wplatanie ludowej tradycji do muzyki popularnej zazwyczaj kojarzy nam się negatywnie. W głowie natychmiast pojawiają się pozbawione jakiejkolwiek dodatniej wartości teledyski z dziewczynami ucharakteryzowanymi na słowiańskie krasawice i hałaśliwa, tandetna muzyka, która prędko znudzi się nawet rozgłośniam nastawionym na kiepską komercyjną muzyką. ONUKA na szczęście nie ma nic wspólnego z tego typu pseudo artystami. Dorobek artystyczny czterech utalentowanych Ukraińców (Nata Zhyzhchenko, Daryna Sert, Mariya Sorokina i Yevhen Yovenko) obejmuje rozbudowane kompozycje muzyki elektronicznej, wzbogaconej brzmieniem tradycyjnych instrumentów ukraińskiej muzyki ludowej, takimi jak bandura i sopilka. Wokalistka zespołu, Nata Zhyzhchenko, wierzy, że w ten sposób może przywrócić do życia dawne tradycje, które zostały odrzucone w okresie radzieckim. 






W twórczości ONUKA nie znajdziecie żywiołowej muzyki elektronicznej, co nie oznacza jednak, że utwory grupy to nużące ballady o nieszczęśliwej miłości. Choć ONUKA nie zajmuje się muzyką taneczną, niewątpliwie ich utwory są nacechowane pozytywnie i przyjemnie będzie rozciągnąć się na ogrodowym leżaku w słoneczny dzień przy akompaniamencie ukraińskiej grupy. Przy takich kawałkach jak Zavtra czy Around Me poprawa nastroju gwarantowana. A na wieczorną melancholię w zaciszu domowym polecam Time. 

P.S. 22.06.
Piszę po długiej przerwie, by zawiadomić Was, że z racji na nadmiar obowiązków jestem zmuszona zawiesić bloga na pewien okres czasu. Mam jednak nadzieję, że wkrótce, oby to było jeszcze w przyszłym tygodniu, uda mi się poświęcić więcej czasu na prowadzenie bloga. Mam również pewną koncepcję dotyczącą zmian - ale to już pojawi się w lipcu. W tej chwili jedyne, co mogę zrobić, to zachęcić Was do odwiedzania mojego konta na Twitterze, gdzie regularnie podczas codziennego słuchania muzyki staram się coś ciekawego udostępnić. Mój Twitter to avoytehovna. Żeby przeglądać wpisy nie musicie posiadać konta na portalu. 
Dziękuję, że zaglądacie tutaj nawet teraz, kiedy nie pojawia się nic nowego. 
Pozdrowienia dla Was,
Voytehovna 

niedziela, 14 maja 2017

Dlaczego Salvador Sobral wygrał Eurowizję?



Był już facet z brodą, były już potwory. Co roku w konkursie Eurowizji udział biorą wykonawcy, stawiający na przerost formy nad treścią i kuse kostiumy, odsłaniajace większość ciała. Nigdy nie brakuje dramatycznej scenografii ze sztuczną mgłą i udawanego roztrzęsienia emocjonalnego. Dlaczego więc tym razem wybrano Salvadora Sobrala z Portugalii?

Jeszcze przed ogłoszeniem wyników Internauci wylewali swoje oburzenie autystycznym występem Portugalczyka, nazywając go świrem, uciekinierem z psychiatryka, udawanym artystą, psycholem i tym podobnymi nazwami. Podobno wygrać miał przystojny Włoch z gorylem. Dlaczego więc Europejczycy wybrali nienormalnego ich zdaniem Sobrala?

Reprezentant Portugalii postawił na minimalizm. Nie wybrał dużej sceny, ale tę mniejszą, umiejscowioną pośród publiczności. Oprócz delikatnego, aksamitnego głosu, akompaniujących klawiszy i skrzypiec oraz leśnego pejzażu w tle nie było nic więcej. Salvador Sobral wykonywał swój utwór Amar pelos Dois przyciszonym głosem, a publiczność milczała. Z wrażenia czy z nakazu - nie wiem, łudzę się, że z wrażenia. 



Gdyby tekst piosenki Portugalczyka został napisany w języku angielskim lub francuskim, spokojnie mógłby znaleźć się na ścieżce dźwiekowej do O północy w Paryżu. W wersji portugalskiej doskonale sprawdziłaby się w filmie o Portugalii epoki dwudziestolecia międzywojennego. Klimat retro, atmosfera sprzed niemal stu lat, klawisze, skrzypce i prostota. Zero przebojowości i szans na wielki hit. To właśnie zapewniło mu sukces, a jednocześnie wywołało internetową falę oburzenia. Jak mogła wygrać piosenka, której nie można zanucić? Czy to festiwal muzyki filmowej? To największe smęcenie, jakie w życiu słyszałem - takie komentarze pojawiają się w sieci nieprzerwanie od wczorajszego wieczora. Ja zaś cieszę się, że Eurowizja zmierza w kierunku dobrej zmiany i bynajmniej nie należy utożsamiać ów dobrej zmiany z tą, którą karmi nas krajowa polityka. Publiczność stawia nie na pompatyczność, dramatyczne aranżacje czy kicz pomieszany z muzyką ludową, ale na skromność, minimalizm i brzmienie alternatywne. Sukces Sobrala przypomina mi szybką sławę Lany Del Rey. Video Games podbiło w 2012 roku rozgłośnie radiowe, zarówno komercyjne, jak i te stawiające na muzykę alternatywną. Powód był oczywisty. Przemysł muzyczny, przesycony rozkapryszonymi celebrytami, nie potrafiącymi napisać żadnego utworu samodzielnie, półnagimi piosenkarkami po nieporównywalnie większej ilości operacji plastycznych niż powiększenie ust w przypadku Lany Del Rey, gwiazdami jednego hitu ze skandalicznym teledyskiem, zachwycił się prostą elegancją młodej Amerykanki i jej przebojem w stylu retro, który okazał się być nie pierwszym i ostatnim. Przemęczenie krzykliwą, bezwartościową muzyką toruje drogę na szczyt wykonawcom z propozycją alternatywną. Tak stało się również w przypadku zwycięzcy 53. finału Eurowizji Salvadora Sobrala. 





Ale Internauci i tak uważają, że Sobral, jeśli nie jest uciekinierem ze szpitala psychiatrycznego, to na pewno swoim smęceniem udaje wielce natchionego artystę. Zanim podzielicie ten pogląd, poświećcie chwilę i przesłuchajcie jego płyty Excuse Me. Tym sposobem przekonacie się, że Amar pelos Dois to nie jedyny minimalistyczny utwór pełen wrażliwości tego pseudo natchnionego Portugalczyka, który wygina palce na scenie i robi dziwne miny do kamery przy każdym występie. Przypuszczam, że gdyby nie jego udział w Eurowizji, wciąż cieszyłby się mianem wykonawcy niszowego. Hejterom prostu trudno pogodzić się z myślą, że skromna i ciekawa propozycja mogła pojawić się w tymże konkursie i, o zgrozo, przypaść do gustu większości głosujących. 

Tegoroczny finał Eurowizji to dobra prognoza na kolejne edycje konkursu. W Kijowie wystąpiło kilku wykonawców, wyróżniających się niebanalną twórczością. Szczególnie polecam Blackbird Normy John z Finlandii i City Lights Blanche z Belgii. Przyzwoite popowe ballady zaśpiewali Kristian Kostov z Bułgarii (Beautiful Mess) i Isaiah Firebrace z Australii (Don't Come Easy). 




czwartek, 27 kwietnia 2017

Mana Island, czyli bezludna wyspa w centrum Moskwy



O tym, że muzyka z Rosji to nie tylko denne i tandetne hałaśliwe disco pisałam w poście poświęconym grupie Tesla Boy, dlatego nie będę ponownie rozwijać tej myśli. Od razu przejdę do konkretu, a mianowicie do zespołu, którego twórczość brzmi lekko i przyjemnie jak powiew wiosennego wiatru lub, jeśli dla kogoś jest to przyjemniejszym uczuciem, wypoczynek na piaszczystej plaży w słoneczny wakacyjny dzień.
Mana Island to bezludna rajska wyspa, miejsce, gdzie opuszczają Cię wszystkie lęki i obawy. Leżysz pod słomianym parasolem, dookoła palmy, lazurowe niebo, ciepły i przyjemny w dotyku piasek, smaczne egzotyczne owoce i bezkresny ocean. Fale oceanu spokojnie uderzają o brzeg, tworząc harmonijne relaksacyjne kompozycje ze śpiewem rajskiego ptactwa...



A teraz schodzimy na ziemię. Jesteśmy tu, przed ekranem smartfona, komputera lub tabletu, próbujemy znaleźć odrobinę spokoju w świecie napędzanym tempem coraz prędzej rozwijającej się i pracującej technologii. Całkiem prawdopodobne, że nie stać nas na urlop na bezludnej wyspie, dlatego musimy poradzić sobie w inny sposób. Jak zatem zatrzymać się i zrelaksować bez podróży do tropików? Proszę posłuchać Mana Island.

Mana Island to założony w 2013 roku rosyjski projekt wykonujący niezależny electropop. W jego skład wchodzi czterech przyjaciół: Aleksiej Doronin, Nikita Staszewski, Dmitrij Łukanienko i Maksym Baziliewicz. Rosyjski kwartet przykuł uwagę zespołu Foals, którzy zdecydowali się wybrać ich na swój support na trasie po Rosji. Jeśli konieczne jest szukanie podobieństw do znanych zespołów, to powiem, że rzeczywiście istnieje odrobinka podobieństwa (ale naprawdę odrobinka!) pomiędzy Mana Island a Foals, między innymi podobieństwo wokalu Doronina i Philippakisa, a także podobne brzmienie gitary. 

Pewien z rosyjskich portali tak opisał muzykę Mana Island: To brzmienie lata, momentalnie przenikające przez skórę dzięki swojej niezwykłej lekkości. I nieistotne, gdzie się teraz znajdujecie - czy na kole podbieugnowym czy w deszczowym Petersburgu - wystarczy kliknąć play, wygodnie usadowić się w fotelu, zamknąć oczy, i przeniesiecie się na wyspę magii i wszechogarniającego szczęścia (farfrommoscow.com). 





Żeby uniknąć niepotrzebnego rozpisywania się, co jest moim chorobliwym zwyczajem, powiem krótko: w pełni zgadzam się z przytoczonymi powyżej słowami. Mana Island tworzą muzykę lekką jak powiew ciepłego wiatru, delikatnie poruszający zieloną trawą i płatkami wielobarwnych kwiatów. W ich dorobku znajdziecie kompozycje idealne na każdą porę dnia, niewymagające nadmiernego wysiłku, by pojąć, o co w tym wszystkim chodzi, wpisujące się w trend muzyki chillout ostatnich miesięcy/lat, a co najważniejsze - po przesłuchaniu takich kawałków jak Stare czy Bounded poczujecie, że po ciężkim i gorączkowym dniu spokój umysłu powraca do Was szybciej niż po zastosowaniu jakichkolwiek technik relaksacyjnych. To jest właśnie lecznicza funkcja muzyki - jakkolwiek źle się czujesz, kliknij play i wróć do świata żywych. 

Miłego słuchania! 

sobota, 22 kwietnia 2017

Nieszczęśliwe historie, które uczą i wciągają, czyli kilka słów o Wielkim Gatsbym



O Gatsbym powinien był słyszeć każdy. Jeden obejrzał ekranizację z Leonardo DiCaprio w roli tytułowej, inni czytali książkę i oglądali film, a jeszcze inni ani nie widzieli filmu ani nie czytali książki, po prostu słyszeli samo nazwisko lub widzieli je na plakatach reklamujących film. Ja zaś należę do tych szczęściarzy, którzy nie mieli okazji obejrzeć ekranizacji tejże wciągającej powieści i najpierw postanowili sięgnąć do książki.

Żaden mój wpis nie obędzie się bez małej dygresji. Rozpisywanie się i dodawanie niepotrzebnych faktów jest moim niezbywalnym nawykiem, dlatego muszę tu napisać kilka niepotrzebnych słów. Przez ostatnie dwa i pół roku rzadko sięgałam po nadobowiązkowe lektury – przedmiot historia literatury na studiach narzucił mi czytanie wielu lektur, w tym bardzo obszernych powieści, w bardzo krótkim czasie. Wyobrażacie sobie przeczytać Dostojewskiego lub Tołstoja w tydzień? Oczywiście jest to wykonalne, a ja jestem tego żywym i namacalnym dowodem, jednak szybkie czytanie żeby się wyrobić i zaliczyć pozbawia nas uroku siedzenia z książką w ulubionym miejscu, powolnego czytania i zagłębiania się może nie w każdą myśl autora, ale niewątpliwie w te, które przyciągają naszą uwagę i każą się nam zatrzymać na moment. Co więcej, ekspresowe czytanie zrodziło we mnie pewnego rodzaju wstręt do sięgania po jakiekolwiek nadobowiązkowe lektury – nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile książek wypożyczyłam przez ostatnie dwa lata, przeczytałam kilka, kilkanaście stron i odłożyłam na półkę, nie odczuwając chęci do dalszego czytania, a przypominałam sobie o nich dopiero wtedy, kiedy biblioteka wysyłała wiadomość e-mail z przypomnieniem o nadchodzącym terminie oddania książki (czasami jednak brałam pod uwagę jeszcze jeden możliwy powód niechęci do czytania – żadna z książek, po które sięgnęłam w ostatnim czasie, nie okazała się tak dobra jak wielkie dzieła wielkich rosyjskich pisarzy).

Po co była ów dygresja? Myślę, że tym razem udało mi się dodać od siebie coś, co ma większy związek z głównym tematem posta. Otóż czuję, że Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda przełamał we mnie wszelkie obawy i niechęć do czytania dla siebie. Ta powieść uznawana za jedną z najważniejszych pozycji literatury amerykańskiej opowiada historię, z którą powinien zapoznać się każdy człowiek żyjący we współczesnym świecie.



Historia dzieje się w Ameryce lat 20., a konkretniej na Wschodzie USA, w Nowym Jorku i nieopodal miasta na wymyślonym przez Fitzgeralda West Egg. Nick Carraway, początkujący makler giełdowy, kupuje domek nieopodal ogromnego domu, a raczej pałacu, który wielu osobom nawet nigdy nie pojawił się w najskrytszych marzeniach. Odkąd tylko Carraway pojawił się w West Egg, ciągle słyszy o owianym tajemnicą Gatsbym, posiadaczu ów imponującego budynku. O Gatsbym krążą najróżniejsze plotki. Ludzka skłonność do podgrzewania atmosfery, wrodzona niebezpieczna zazdrość i złośliwe podejrzewanie najbogatszych o najbardziej haniebne czyny tworzą na temat Gatsby'ego takie teorie, że koń by się uśmiał. Ludzie widzą w nim mordercę, niemieckiego lub kanadyjskiego szpiega i wiele innych. Jak trafnie spostrzegł Carraway, łatwiej wyobrazić sobie, że człowiek wyszedł z bagien lub pojawił się w inny fantastyczny sposób niż pomyśleć, że człowiek znikąd dorobił się takiej fortuny jak Gatsby. Chociaż ludzie Gatsby'emu zazdroszczą wszystkiego i kopią pod nim dołki, dopowiadając wyimaginowane fakty, kolejna ludzka wada – darmozjadztwo – wygrywa i tym sposobem w każdy weekend w ogrodzie Gatsby'ego bawi się niezliczony tłum osób, oczywiście za pieniądze gospodarza. Goście zjeżdżali się do wielkiej posiadłości w West Egg z najróżniejszych zakątków. Bywały tam osoby, które nigdy nie rozmawiały z gospodarzem i nie zależało im na tym specjalnie. Co ciekawe, sam gospodarz mało kogo zapraszał na swoje przyjęcia – ludzie trafiali do Gatsby'ego zazwyczaj dlatego, że ktoś, kto był tam wcześniej, przywiózł ich tam lub ktoś, usłyszawszy o wielkiej zabawie, przyszedł tam nieproszony.

Nikt jednak nie zastanawiał się nad niezwykłą gościnnością Gatsby'ego. Dlaczego wielki bogacz, o którym nikt nie wie zbyt wiele, wyprawia przyjęcia na setki osób? Dodajmy, że sam zawsze pozostawał w cieniu. Kiedy Carraway został do niego zaproszony po raz pierwszy, nie rozpoznał gospodarza w swoim rówieśniku, nie wywyższającym się w rozmowie i nie pasującym do stereotypowego portretu wielkiego bogacza (jak ujął to narrator, wyobrażałem sobie, że pan Gatsby to rumiany, korpulentny jegomość w średnim wieku). Dlaczego tajemniczy bogacz o nazwisku Gatsby w każdy weekend zamieniał swoją posiadłość w wielki bal, jeśli w towarzystwie pozostawał z tyłu, zazwyczaj stojąc na schodach i obserwując bawiący się tłum obcych mu ludzi?



Dwie rzeczy z życia głównego bohatera wywarły na niego silny wpływ. Pierwsza, najwcześniejsza – pochodzenie. Ambitny Gatsby urodził się w ubogiej rodzinie, od dziecka wstydził się swojego niechlubnego pochodzenia i śnił o wielkiej pozycji, diametralnie różniącej się od tej, którą przypisano mu z dniem narodzin. Od dziecka Gatsby robił wszystko, by wybić się, by być zamożną i poważaną personą i, jak widać od początku powieści, udało mu się zrealizować swoje marzenie. Organizowanie słynnych tłumnych przyjęć służyło mu jako podtrzymywanie zdobytej pozycji i nie tylko. Marzenie Gatsby'ego o fortunie i znakomitej pozycji społecznej stało się silniejsze pod wpływem nieszczęśliwej miłości do Daisy – dziewczyny pochodzącej z jednej z najbardziej zamożnych rodzin w okolicy. Kiedy się poznali, Gatsby był w wojsku i nie miał grosza przy duszy. Ona oczywiście nie poczekała na niego – wybrała człowieka, który w tamtym czasie był równie bogaty jak ona. Wszystkie kolejne działania Gatsby'ego w celu zbicia fortuny zdawały się być motywowane nieszczęśliwą miłością do Daisy. Gatsby specjalnie dla niej przeprowadził się do West Egg, by być jak najbliżej, by być na najwyższej pozycji w towarzystwie, w którym się obracała, by zwrócić na siebie jej uwagę i złapać to, co wymknęło mu się z rąk w przeszłości.

Więcej nie powiem, żeby nie zepsuć uroku oglądania/czytania tym, którzy z historią Gatsby'ego jeszcze się nie zapoznali. Dodam tylko, że jest to historia nieszczęśliwa, bez happy endu, chociaż wydaje się, że happy end to typowa cecha amerykańskiej kultury. Fitzgerald pozostał jednak ambitny i życiowy.

Na początku wpisu powiedziałam, że historia stworzona przez Fitzgeralda należy do tych, które powinien poznać każdy człowiek żyjący we współczesnym świecie. Powód jest następujący: los Gatsby'ego pokazuje los bogacza dorastającego w biedzie, a także daje nam szczegółowy obraz tego, co pieniądz robi z ludźmi, a szczególnie z tymi, którzy pośród gór pieniędzy przyszli na świat. Ci ludzie pozostali nieświadomi wpływu majątku na ich czyny i prawdopodobnie byli niezdolni wyobrazić sobie szczere decyzje, wybory dokonane z serca, a nie ze społecznego przymusu, z konieczności podtrzymania swojej pozycji w towarzystwie i uniknięcia skandalu (tu mam na myśli przede wszystkim Daisy). Ponadto Fitzgerald na końcu powieści z precyzją wyraził to, co przeplatało się od początku historii: za pieniądze przyjaciół nie kupisz. Pomimo tłumnych imprez Gatsby zawsze był sam. Setki ludzi były przy nim tylko wtedy, gdy oferował zabawę za darmo i możliwość wylansowania się. Kiedy Gatsby znalazł się w tarapatach nie było już przy nim nikogo, z wyjątkiem dobrodusznego Carraway'a, pomylonego pana Sowie Oczy i ojca, tego biedaka, od którego Gatsby wyjechał jako nastolatek.




Chociaż ów historia wydaje się prosta, jest ona niezwykła z racji na dosadne i odważne przedstawienie nowej epoki (lata dwudzieste – pierwsze nieśmiałe rozluźnienie obyczajowe, szał na Wall Street, jeszce większa zachłanność w zbijaniu fortuny, American Dream, początek jeszcze szybszej cywilizacji, życia w wielkich metropoliach wśród pierwszych drapaczy chmur), ale przede wszystkim z racji na swoją ponadczasowość. Historie podobne do tej opowiedzianej przez Fitzgeralda pojawiały się w literaturze od antyku, jednak nie staną się opowieściami nudnymi jak flaki z olejem dopóki są opowiedziane w szczery i ambitny sposób. W każdej epoce musi pojawić się pisarz, który z artystyczną wnikliwością nakreśli portret nieszczęścia bogatego człowieka, bowiem my, ludzie, zbyt często zapominamy o swoich wadach, takich jak darmozjadztwo i pochopne wydawanie opinii, które mogą przecież wbić komuś nóż w plecy i zwalić go do grobu.

Mały muzyczny akcent zgodnie z tradycją - utwór Lany Del Rey ze ścieżki dźwiękowej do ekranizacji Wielkiego Gatsby'ego z DiCaprio w roli głównej:



wtorek, 4 kwietnia 2017

Wyprzedane garden party, czyli Rag'n'Bone Man w warszawskiej Progresji

Po raz drugi mam możliwość urozmaicenia posta zdjęciami mojego autorstwa (niestety tym razem komórkowymi, nie miałam możliwości przemycenia aparatu).


Wydaje mi się, że plus minus dziesięć lat temu noszenie rozmiarów XL i większych nie było tak negatywnie przyjmowane jak w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Zdrowy tryb życia, w tym siłownia, bieganie i dbanie o odpowiednią dietę, niezupełnie przyjęło się jako pozytywna moda. Proszę nie myśleć, że krytykuję wysyp siłowni w każdym dużym mieście i tysiące instruktażowych nagrań na YouTube z ćwiczeniami, jednak często odnoszę wrażenie, że z beztroskiego stołowania się w restauracjach typu fast food nastąpiło gwałtowne przejście do obsesyjnego dbania o swoją figurę. A jeśli ktoś ma jakieś fałdki na brzuchu, to szybko zostanie mu to wytknięte. Dlaczego nie ćwiczysz?, zapytają pretensjonalnym tonem. Bloggerzy zaś powiedzą, że jeśli masz zbędne kilogramy, to dlatego, że jesteś zbyt słaby, by podjąć wyzwanie, jakim jest zakup karnetu na siłkę, umożliwiający przeobrażenie swojego ciała na lepsze od ciała Dyskobola Myrona. A w showbiznesie posiadanie zbędnych kilogramów może przekreślić utalentowanego człowieka jeszcze na progu drzwi do kariery. Podobnie jest z mediami. Kąśliwe portale i magazyny z wielką satysfakcją podkreślają rozmiary Adele i innych podobnych sław. Przyjęło się przecież, że celebrytki muszą mieć figurę Kendall Jenner, a mężczyźni powinni co najmniej nadawać się na Jamesa Bonda. Ale po co ja o tym wszystkim piszę?

Nie potrafię zgrabnie pisać, więc tym niezgrabnym wstępem o niezręczności bycia niezgrabnym w świecie muzyki, kina i innych form rozrywki chciałam zwrócić Waszą uwagę na to, że pomimo tuszy nie trzeba siedzieć w niszy. Chciałam po prostu podkreślić, że nadwaga nie powinna przekreślać człowieka na starcie. Jeśli jesteś utalentowany, możesz ważyć dwieście kilogramów i odnieść sukces. Jeśli nie będziesz przejmować się swoim wyglądem, niewykluczone, że tak jak w przypadku Adele dodatkowe kilogramy okażą się nie powodem do kompromitacji i drwin, a Twoim znakiem rozpoznawczym – będziesz wzorem dla tych, którzy wstydzą się swojego ciała. Pokażesz im, że to, co zewnętrzne, wcale nie jest najważniejsze.

Chciałabym móc mówić wprost. Ciągle mam jednak w głowie słowa Gombrowicza o tworzeniu jakichkolwiek tekstów: siadasz do pisania z określoną koncepcją, jednak już po napisaniu pierwszego zdania tekst zaczyna pisać się jakby sam, bez Twojej wcześniejszej koncepcji. Jedno zdanie rodzi kolejne zdanie i często staje się tak, że to, co napiszemy, ma się nijak do naszej pierwotnej koncepcji. Ale po co ta dygresja?

Dość już owijania w bawełnę i mówienia dziwacznym językiem. Teraz powiem wprost: Rag'n'Bone Man, twórca hitu Human, zagrał w minioną niedzielę w warszawskiej Progresji. To właśnie do tego pana z Wysp Brytyjskich odnosi się mój niezgrabny wstęp.




Rag'n'Bone Man to kolejny dowód na to, że można odnieść sukces na rynku muzycznym i zahaczyć o mainstreamowe stacje radiowe nie posiadając wyglądu ratownika ze Słonecznego patrolu. Singiel Human, promujący album o tym samym tytule, pojawił się nie tylko w rozgłośniach promujących muzykę alternatywną, ale również w Radiu Eska, 4FunTV, RMF MAXX i tym podobnych. Co więcej, Rory Graham (tak nazywa się Rag'n'Bone Man) pokazuje, że zdobycie popularności również nie oznacza podjęcia gorączkowych starań zrzucenia kilogramów i bycia fit. Zdobywszy popularność i odniósłszy sukces można być sobą. Nie jest to żadne odkrywcze spostrzeżenie, jednak wielu wykonawców często zapomina o tym, że można pozostać tym, kim się było przed zaistnieniem w wielkim świecie, i zaczyna ślepo podążać za trendami.

Wiecie już, że Rag'n'Bone Man to twórca przeboju Human, a także powiedziałam Wam, że to ten pan noszący ubrania w rozmiarze XXL. Zasugerowałam też, że ów utalentowany Brytyjczyk pozostał sobą, swojskim facetem z sąsiedztwa. I tutaj nareszcie mogę zacząć opisywać jego koncert w warszawskim klubie Progresja, który odbył się w minioną niedzielę.



Po koncercie napisałam mojej koleżance, że koncert Rag'n'Bone Man nie przypominał w niczym wielkiego wyprzedanego koncertu, ale spotkanie w gronie znajomych, podczas którego jeden z obecnych wyciągnął gitarę i zaczął umilać czas muzyką. Od pierwszych minut koncertu było widać, że Rory Graham to właśnie taki swojski facet z sąsiedztwa. Rag'n'Bone Man pojawił się na scenie punktualnie. Wyszedł sam, wziął gitarę i zaśpiewał St. James z EP-ki Bluestown. Uśmiech na twarzy i wzruszenie polską publiką – pierwsze rzędy trzymały kartki z napisem Welcome to Poland. Progresja milczy – przy spokojnym bluesie raczej się nie śpiewa razem z wykonawcą, szczególnie jeśli ma tak niepowtarzalny wokal jak Rory Graham. Nie można było go zagłuszyć.




Po pięknym hipnotyzującym St. James niekończące się oklaski nie dawały Rory'emu możliwości wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Słowa zresztą były zbędne – jego wzruszona twarz wyrażała więcej niż jakiekolwiek podziękowanie. Po spokojnym bluesie przyszła pora na bardziej dynamiczny kawałek Wolves z albumu Human. Wtedy też kurtyna opadła i wyłoniła się ekipa koncertowa, która razem z Rag'n'Bone Man mogła podziwiać kolejną akcję polskich fanów – maski z wizerunkiem wilka.



Po warszawskim koncercie muszę podkreślić, że Rory Graham posiada wokal jeden na milion. To, co ten wielki człowiek wyczynia na żywo, jest wręcz niemożliwe do opisania. Można odnieść wrażenie, że klawisze, perkusja, gitara, bas i chórek stanowią jedynie tło dla wielkości Rory'ego. To właśnie on, a raczej jego niezwykle silny wokal, był na pierwszym planie przez większość koncertu. Można go słuchać zarówno w wersji acapella (w takiej odsłonie zaprezentował Die Easy pod koniec występu), jak i w wersji z instrumentami – w obydwu wariacjach brzmi niewiarygodnie dobrze. Co więcej, Rag'n'Bone Man pozostaje skromny i to nie jego osobowość, nie jakakolwiek scenografia, układy taneczne, ani nie jego komentarze pomiędzy piosenkami są na pierwszym planie, a jego niezwykle silny głos. Rory nie rezygnuje z kontaktu z publicznością – zachowuje szczery uśmiech na twarzy przez cały występ, jest uprzejmy, spogląda na publiczność z podziwem, czyta wszystkie banery, bierze od fanów flagę, list w kopercie, a nawet... odpowiada na niecodzienną prośbę fanki trzymającej baner z napisem Let me sing „Skin” with you. Tak, wyobraźcie sobie, że Rory podszedł do owej szczęściary z mikrofonem i spełnił jej marzenie!



Nie pamiętam czy kiedykolwiek byłam na dużym koncercie, na którym panowałaby atmosfera kameralnego garden party, grilla w gronie dobrych znajomych i dobrej muzyki. Nigdy nie widziałam takiej prostoty w człowieku, który zdołał osiągnąć niemały sukces. Rag'n'Bone Man jest sobą w każdym znaczeniu tego słowa – śpiewa tak, jak dyktuje mu serce, zachowuje się tak, jak się w danej chwili czuje, i wygląda tak jak mu wygodnie. Urzekła mnie naturalność i skromność tego niezwykłego Brytyjczyka o niespotykanie wielkim głosie. Takich artystów nam potrzeba. Tak jak potrzeba nam wyrafinowanych muzyków, lubujących się w wyszukanych aranżacjach – zarówno dźwiękowych, jak i sceniczno-kostiumowych, tak potrzeba nam artystów skromnych i przyziemnych, niewiele różniących się od ludzi z naszego sąsiedztwa. A to, co wyróżnia Rory'ego, to, jak już wielokrotnie wspomniałam, jego głos – głos jak dzwon.




P.S. W osobnym poście opowiem Wam o supporcie, którym była czarująca Betti. Uznałam, że o takiej pani należy poświęcić więcej uwagi.

P.S. 2. Podobno czytelnicy lubią posty obrazkowe (przekonałam się o tym niedawno). Dla urozmaicenia 4 zdjęcia z mojej wycieczki do Warszawy:





poniedziałek, 20 marca 2017

Post obrazkowy: 1970s

Przerwa od pisania o muzyce. O tym, co wkrótce się tu pojawi, możecie wywnioskować z ostatnich postów na twitterze. 

A teraz trochę inspiracji - zapraszam na krótką podróż do lat 70:


























sobota, 18 marca 2017

Godley & Creme, czyli eksperymentalna muzyka filmowa/ Godley & Creme - experimental film music


scroll down to the English version

W ostatnim czasie wiele powiedziałam Wam o współczesnej muzyce, której prawdopodobnie nie mieliście okazji usłyszeć w radiowych rozgłośniach. Dzisiaj również podzielę się z Wami moją muzyczną fascynacją, zespołem z podziemia, jednak należy podkreślić, że jest to grupa, która zakończyła swoją działalność jeszcze zanim przyszłam na ten świat. W ten sobotni wieczór chcę powiedzieć Wam o niesamowicie interesującym duecie z angielskiej miejscowości Stockport - Godley & Creme

Często odnoszę wrażenie, że muzyka zajmuje w mojej hierarchii życia codziennego miejsce numer jeden. Nie mogę zabrać się do pracy, jeśli nie włączę muzyki. Nie mogę zabrać się za sprzątanie, jeśli nie włączę muzyki. Nie mogę wyjść z domu bez słuchawek. Nie mogę udać się do łazienki bez telefonu, z którego będę słuchać muzyki. Gdziekolwiek wybieram się sama, muzyka idzie ze mną. Nie potrafię zadowolić się tym, co już doskonale znam. Niemal codziennie odkrywam wykonawców, o których wcześniej nie miałam bladego pojęcia. Pewnego lutowego dnia przypadkiem trafiłam na grupę 10cc, a ten trop poprowadził mnie do wspomnianego już duetu Godley & Creme, stworzonego przez byłych członków formacji 10cc. Chociaż 10cc przykuło moją uwagę, znam ich już dość dobrze i często powracam do ich twórczości, to muszę przyznać, że Godley & Creme okazali się być  silniejszym muzycznym narkotykiem, od którego nie potrafię się uwolnić. Uzależnienie zaczęło się od kompozycji Cry. Spotify lokalizuje ową kompozycję na składance True Power-Ballads i w pełni zgadzam się z nazwaniem tego krążka. Cry to spokojna rockowa kompozycja z brzmieniem gitary o post-punkowym odcieniu. Chociaż refren nie należy do chwytliwych, jest w nim jakaś poruszająca melancholia, od której nie można się uwolnić. Jeśli przesłuchacie Cry jeden raz, nie będziecie mogli tak po prostu wymazać tego utworu z pamięci i przejść do innego. Cry to kompozycja, obok której nie można przejść obojętnie. Nastrój kreowany przez ten utwór przypomina mi klimat wieczornego palenia świec - kryje się w tym pewnego rodzaju melancholia, a pomimo to nawet w przypływie ogromnego szczęścia mamy ochotę napawać się tym niesamowitym uczuciem. Tak jest właśnie z Cry. To melancholia, do której wraca się zarówno w chwilach powodzenia, jak i w momentach porażki i smutku. Ale do rzeczy.



Jak powiedziałam już wcześniej, Godley & Creme to byli członkowie grupy 10cc. Kevin i Lol postanowili opuścić 10cc, bowiem czuli potrzebę przejścia do kolejnego etapu artystycznej samorealizacji. Działalność w 10cc w jakimś stopniu ograniczała ich plany, uniemożliwiając im wydanie Consequences. To właśnie z poczucia ograniczenia przez 10cc zrodził się duet Godley & Creme. 



Zamiłowanie do eksperymentowania z muzyką i wybierania niebanalnych rozwiązań można dostrzec już w pierwszych kompozycjach 10cc. Żeby się o tym przekonać, wystarczy posłuchać jednego z najpopularniejszych kawałków grupy - I'm not in Love. Mówiąc o Godley & Creme, należy podkreślić, że to kolejne stadium eksperymentowania. Nie dziwię się, że ów znakomity duet nigdy nie zdobył sławy i nie podbił radiowych rozgłośni. Taka muzyka nawet w dekadzie lat osiemdziesiątych nie dotarłaby do szerszego grona słuchaczy. Godley & Creme nigdy nie tworzyli muzyki przebojowej. Byli członkowie 10cc podążali własnym szlakiem, nie oglądając się na innych. Potrzeba dowodu? proszę posłuchać pierwszych minut ich debiutanckiego albumu Consequences i wszystko stanie się jasne. Pierwsze kompozycje tego krążka to mieszanka muzyki pop, elektronicznej, i rockowej z filmową nastrojowością. Atmosfera filmu będzie przeplatała się w twórczości Godley & Creme do ich ostatniego albumu Goodbye Blue Sky. Nie potrafię jednak stwierdzić czy jakakolwiek z ich piosenek kiedykolwiek pojawiła się w jakiejść ścieżce filmowej. O co więc chodzi z tą filmową nastrojowością?



Twórczość Godley & Creme zawsze przypomina tło filmowych wydarzeń. Narastanie akcji i jej opadanie, melancholia, niepokój i przejście w eksplozję radości. Słuchając ich utworów można wyobrazić sobie najróżniejsze sceny filmowe - od komedii romantycznych po rozbudowane kino akcji. Najczęściej jednak z muzyki Godley & Creme wyłania się obraz człowieka idącego ulicą. Idzie on szybko, ogląda się za siebie, jakby przed kimś lub przed czymś uciekał. Niewątpliwie w dyskografii angielskiego duetu można odnaleźć wiele przykładów niepewności.



Współpraca byłych członków 10cc zakończyła się u schyłku lat osiemdziesiątych. Powód był następujący: Kevin i Lol poczuli, że nastąpił czas przejście kolejnego etapu artystycznej działalności. Creme dołączył do synthpopowej formacji Art of Noise, zaś Godley kontynuował swoją pasję związaną z reżyserowaniem teledysków. Czy wiecie, że to właśnie Godley & Creme są autorami klipów do takich utworów jak Every Breath You Take The Police czy A View to a  Kill Duran Duran? 



Godley & Creme nigdy nie osiągnęli wielkiej sławy i wcale mnie to nie dziwi. To muzyka, która nie tyle, co przewyższyła osiągnięcia swojej dekady, ale taka, która po prostu nigdy nie jest w stanie zaspokoić wielkich rzesz słuchaczy. Godley & Creme stworzyli utwory do indywidualnego słuchania, połączonego z przeżywaniem tego, co wyrażone w dźwiękach muzyki. A taka rozbudowana muzyka, jak doskonale wiemy z własnego doświadczenia, nigdy nie zdobywa sławy.



P.S. Widzę, że Facebook zapewnia największą liczbę odsłon bloga... ale nadal nie jestem przekonana do założena fanpage'a. Może kiedyś się przekonam. :)

P.S.2. Kwiecień to nie tylko radość z rozkwitających kwiatów, ale również przypływ szczęścia w postaci koncertów. Stąd zapowiadam, że w najbliższym czasie pojawią się relacje z koncertów (Rag'n'Bone Man, festiwal Spring Break - jeśli wszystko ułoży się pomyślnie, będę miała możliwość zobaczenia tego festiwalu od kuchni :), otwarcie KontenerArt w Poznaniu oraz otwarcie Hali Towarzyskiej również w moim rodzinnym Poznaniu).

* * * 

Recently I have told you a lot about new music that you are likely not to have heard of before. Today I would like to introduce you with another musical discovery of mine, an underground band (to some extent), but it should be emphasised that the band I am talking about had split up before I was born... And thus you should know now it is not any new group but the old one that never gained popularity. The group I would love to tell you about on this Saturday night is an extremely interesting duo from Stockport, England, and it is called Godley & Creme.



I often experience a feeling that music takes the highest position in my hierarchy of everyday life. I cannot get around to working if I don't switch the music on. I cannot get around to cleaning if I don't switch the music on. I cannot go out without earphones. I cannot go to the bathroom without my phone on which I always listen to music while taking shower or bath. Wherever I go alone, music accompanies me. What's more, I cannot feel satisfied with what I already know very well. Almost every day I discover artists about whom I have had no clue before. On one February day I stumbled upon the group called 10cc, and subsequently this track led me to the aforementioned duo Godley & Creme, composed of the former members of 10cc. Although 10cc attracts my attention, I know them quite well and I often come back to their discograpy, I have to admit that Godley & Creme turned out to be a drug with a stronger effect. I became hooked on the music of the English duo after listening to Cry. Spotify locates the song on the album called True Power-Ballads and I can entirely agree with the name of the compilation. Cry is a slow rock song with a sound of post-punk guitar. Although the chorus is not catchy, there is some touching melancholy in it that makes the listener not able to escape. If you listen to Cry one time, you will not be able to simply erase it from your mind and listen to another track. Cry is a song towards which you just cannot remain indifferent. The atmosphere it creates reminds me of the mood of lighting candles at night – there is some kind of melancholy in it, but even if you experience a flow of happiness, you still want to feast your mind on that incredible impression. The same situation refers to Cry. It is melancholy you want to come back to in the moments of success as well as those of sadness and defeat.

As I have already mentioned, Godley & Creme used to play in 10cc. Kevin and Lol decided to leave 10cc, as they felt the need to go up to another level of their artistic fulfillment. Being a part of 10cc constrained their plans to release their new tracks that eventually became Consequences - the debut album of the new duo – Godley & Creme.

Their love for experimenting with music and their tendency to choosing ambitious solutions can be seen not only in Godley & Creme tracks, but also in 10cc songs, even in the earliest ones. To find it true you should become acquainted with one of the most popular songs of 10cc – I'm not in Love. Talking about Godley & Creme, it should be emphasised that it is another level of Kevin and Lol's experiments with music. It comes as no surprise to me that the duo has never gained popularity and gone to the top of radio charts. The music they created could not cater to larger audience, even in the 1980s. Godley & Creme did not play catchy music. The former members of 10cc walked their own pathways and did not pay much attention to the trends of that time. Need a proof? Please listen to the first minutes of their debut album Consequences and everything will be clear. The first tracks are a mix of pop, rock and electronic music with the atmosphere of a film soundtrack. The cinematic mood is present in their whole discography, from the first album to the last one – Goodbye Blue Sky. However, I can't even say if any of their songs has ever appeared in any soundtrack. So what is it all about?

Every time I listen to Godley & Creme, I feel as if I was watching a film. It definitely sounds like a background of a film plot. The tension grows and falls, then there comes some melancholy, and after that some restlessness that finally evolves into an explosion of joy. Listening to their songs you can imagine various film scenes – from romcoms to decent action films. However, the most distincive image you can see in Godley & Creme songs is the image of a man walking in the street. He walks fast, looks behind as if he was escaping from something or someone. Undoubtedly there are many examples of restlessness in the discography of the Stockport-based duo.

The collaboration of the two former members of 10cc came to an end in the late 1980s. The reason was as follows: Kevin and Lol felt that once again they should move up to another level of their career. Creme joined a synthpop band Art of Noise, whereas Godley decided to continue his big passion – directing music videos. I am sure you could never guess that both Godley and Creme directed music videos of such songs as Every Breath You Take by The Police or A View to a Kill by Duran Duran.

As I have mentioned before, it comes to me as no surprise that Godley & Creme have never gained huge popularity. Their music not so much exceeded the achievements of the 1980s music, but it could just never appease the mass culture. Godley & Creme wrote songs for individual listening as well as for individual discovery of what's expressed in their music. And, as we know it very well from our own experience, that kind of music never reaches peak positions on radio charts.


piątek, 10 marca 2017

MIN t, czyli pozytywny szok/ MIN t - a positive shock


scroll down for the English version

Cykl postów o niszowej elektronice jeszcze nie dobiegł końca. Zaczęło się od Bass Astral x Igo, później byli Tesla Boys, Bownik, a dzisiaj intrygująca kobieta z Polski występująca jako MIN t. W ubiegłym roku byłam pochłonięta twórczością Queen do tego stopnia, że całkowicie zignorowałam godne uwagi projekty wschodzące na polskim rynku muzycznym. Dopiero w ostatnich tygodniach uświadomiłam sobie, że w polskiej muzyce zaszły i wciąż zachodzą interesujące zjawiska. MIN t jest tego kolejnym dowodem.

Przed chwilą wstawiłam na swoje twitterowe konto krótki wpis dotyczący MIN t:






Słuchając nowatorstwa MIN t trudno wykrztusić z siebie coś więcej. Wiem, że mam karygodną skłonność do przesadzania w obdarzaniu komplementami osoby i zjawiska, które przykuły moją uwagę, ale, uwierzcie mi, w tym przypadku wszelki zachwyt, nawet ten niezdrowo wyolbrzymiony, jest uzasadniony. Uwierzcie mi, iż użycie słowa nowatorstwo w opisie muzyki MIN t nie jest kłamstwem! W przypadku MIN t trudno wskazać na jedno konkretne ugrupowanie lub wykonawcę, który w decydujący sposób wpłynąłby na jej twórczość. Nie można też powiedzieć, że MIN t podąża wielokrotnie wydeptanym przez innych szlakiem i powiela to, co w większym lub mniejszym stopniu jest obecnie na topie. Martyna Kubicz, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko artystki, jest odważna i niezachwianie wierzy w muzykę, którą tworzy. Nie musiałam z nią rozmawiać, by się tego dowiedzieć. Wystarczyło, że przesłuchałam kompozycje wchodzące w skład Turn the Lights Down (EP).




Tak jak w przypadku wspomnianej ostatnio grupy Bownik, MIN t nie walczy o przebojowość, chwytliwość i lekkość melodii. Znów nie jest to elektronika, przy której można hucznie świętować awans w pracy, podwyżkę pensji czy jakikolwiek sukces z życia zawodowego i prywatnego. MIN t sprawia wrażenie artystki poszukującej nowego, niepowtarzalnego sposobu wyrażenia swoich wyobrażeń i uczuć. Nie jest to kolejne piękne dziewczę ze słodkim wokalem, wyśpiewującym trywialne miłosne wyznania. MIN t to niezależna młoda kobieta, czerpiąca inspiracje z różnych źródeł, która tworzy brzmienie z górnej półki. Martyna Kubicz supportowała m.in. xxanaxx, GusGus, Vitalica, Angel Haze i HVOB i niewykluczone, że niejeden z tych występów wywołał tak samo silne lub nawet silniejsze wrażenie niż koncert gwiazdy wieczoru. Martyno, jesteś niezastąpiona!



MIN t śpiewa również po polsku:


* * *



The series of posts about niche electronic music has not come to an end. In the first post I shortly described Bass Astral x Igo, then Tesla Boys and Bownik, and today it's high time I told you about an intriguing woman from Poland called MIN t. Last year I was so absorbed by Queen that I entirely ignored all the noteworthy artists that came out in the Polish music industry. It was only in the previous weeks that I found out that in Poland there had appeared numerous remarkable bands. As you can easily guess from what I've said, MIN t is one of them. 


This is what I have just written on my Twitter account:

#VoytehovnaDiscovers Stranger – MIN t – Polish music is shocking me more and more. In positive way, of course!


When listening to the new quality of electro made by MIN t it is hard to utter any additional word. I am aware of the fact that I have a reprehensible tendency to hyperbolise when describing people and phenomena that have attracted my attention, but please believe me, in this case any rapture, even the hyperbolised one, is totally accepted. Believe me that describing MIN t's music as innovative is not a lie. It is hard to point out any group or artist that would have a strong impact on MIN t's own songs. What's more, we can't say that MIN t's goes in the same direction where majority of young musicians go as well as we can't say that she follows the newest trends in music industry. Martyna Kubicz (it is MIN t's real name) is independent and firmly believes in the music she creates. I did not have to talk with her to find out about it. It was sufficient to listen to the songs that are part of Turn the Lights Down (EP).

As in the case of Bownik, the Polish group mentioned in the previous post, MIN t does not fight for being on the top of charts and recording catchy songs with a melody you can listen to when you want to relax or be accompanied while cleaning your flat. As in the case of the groups introduced to you in the previous posts, MIN t does not write electronic songs you could listen to while noisily celebrating your promotion, pay rise or any success in your life, no matter whether it's your private or professional life. Furthermore, MIN t is not another chick singing trivial love declarations with her sweet vocal. MIN t is an independent young woman, seeking for her inspiration in various sources in order to create unusual music of the highest quality. In her short career Martyna Kubicz supported bands such as xxanaxx, GusGus, Vitalica, Angel Haze and HVOB, and I wouldn't be shocked if she managed to impress the audience as much as (or even more) the headliners. Martyna, you are unique!