wtorek, 21 lutego 2017

Tesla Boy, czyli nie mów więcej o rosyjskim prymitywie



O tym, że stereotypy niesprawiedliwie szufladkują poszczególne grupy ludzi i narodowości, wiemy nie od dziś. My, Polacy, często lubimy myśleć o sobie jako o mieszkańcach rozwijającej się Europy Środkowej, wielu z nas często podkreśla, że Polsce bliżej do mentalności zachodniej, aniżeli wschodniej. Wschód to przecież zacofanie, prymityw, mafie, alfonsi z grubymi złotymi łańcuchami, którzy lansują się w czarnych bmw i słuchają na cały regulator kiczowatego rosyjskiego disco. Nie ulega dyskusji, że nikt z nas nie chce utożsamiać się z pstrokatą rzeczywistością naszych braci Słowian, od których oddziela nas przepaść, obejmująca cały dorobek zachodniej cywilizacji (z wyjątkiem bmw i luksusowych marek odzieżowych).

A co jeśli zadamy sobie ten okropny, wręcz nie do zniesienia ból i spróbujemy przekonać się czy rzeczywiście ów stereotyp znajduje odzwierciedlenie w prawdziwym życiu? Wtedy zobaczymy inny świat. Możliwe, że odmienny duch zahipnotyzuje nas do tego stopnia, że będziemy mieć pretensje do naszego rodzimego społeczeństwa, które karmiło nas niesprawiedliwymi stereotypami o Rosji. 

Nie będę rozwodzić się o rosyjskiej kulturze i zwyczajach, skupię się na moim ulubionym temacie - muzyce. Niniejszy post ma na celu pokazanie Wam prawdy o muzyce naszych wschodnich sąsiadów. Nie myślcie proszę, że w Rosji, poza kiczowatym disco i Nas ne dogonyat, dobra muzyka nie istnieje.



Młodsze pokolenie Rosjan wciąż podąża ścieżką wydeptaną przez Wiktora Coja i grupę Kino. Na temat jednego z najbardziej wpływowych rosyjskich zespołów również nie będę się rozwodzić, odeślę Was za to do bardzo ciekawego artykułu, który możecie przeczytać na portalu Wschód Bliżej. W ten chłodny wtorkowy wieczór przedstawię Wam formację Tesla Boy. Panowie z Moskwy łączą w swojej muzyce elementy współczesnego elektro popu z brzmieniem lat osiemdziesiątych - new wave i synthpop. Jeśli nie znacie lub nie przepadacie za językiem rosyjskim, nie musicie się niczego obawiać: utwory Tesla Boy są napisane w języku angielskim (wymowa również Was nie przerazi, będzie raczej odwrotnie - zauważycie, że angielszczyzna niejednego polskiego wokalisty nie dorównuje wymowie Antona Sewidow). Grupa rozpoczęła swoją działalność w roku 2008 i natychmiast spotkała się z uznaniem nie tylko na ziemi ojczystej, ale również poza jej granicami. O ich muzyce mówiono, że zaraz po wódce jest najlepszą rzeczą pochodzącą z Rosji, a The Music Fix nazwali ich najlepszą współczesną grupą wykonującą pop. Rozgłos na większą skalę sprawił, że w 2010 zaproszono ich na popularny serbski festiwal EXIT, gdzie zagrali u boku takich wykonawców jak Faith No More, Placebo, The Chemical Brothers, Yesayer, Klaxons, The Horrors, Crystal Castles i wielu innych powszechnie znanych i lubianych. W roku kolejnym wystąpili przed duetem Hurts w Sankt Petersburgu. Niewątpliwie dzięki możliwości zaprezentowania się przed fanami autorów takich przebojów jak Wonderful Life i Some Kind of Heaven Tesla Boy dotarło do większego grona słuchaczy.




Zasmuca natomiast fakt, że pomimo entuzjazmu zachodnich mediów, grupa z Moskwy nie otrzymuje wielu ofert na występy zagraniczne. Czyżby taka sytuacja wynikała z wrogości wobec polityki Kremla? Jeśli tak, to trzeba podkreślić, że karanie rosyjskich artystów poprzez eliminowanie ich z udziału w międzynarodowych wydarzeniach kulturalnych nie najlepiej świadczy o organizatorach wielkich festiwali, nawiązujących do idei wolności i jednoczenia ludzi. Miejmy jednak nadzieję, że o Tesla Boy zwyczajnie się zapomina podczas obsadzania najpopularniejszych festiwali.





Jak już wspomniałam, muzyka Tesla Boy to przede wszystkim elektronika, zainspirowana duchem lat osiemdzesiątych - syntezatory na pierwszym planie, dalej bas i delikatny, rozmarzony męski głos. Dorobek zespołu z Moskwy obejmuje zarówno kompozycje dynamiczne, wulkany energii (Spirit of the Night), jak i oazy spokoju (Say My Name). Oprócz dwóch wymienionych utworów, szczególnie polecam Dream Machine, Rebecca, Fantasy, 1991 i Nothing



Słuchając muzyki Tesla Boy możecie stwierdzić, że nie ma w niej nic rosyjskiego - przecież to brzmienie zbliżone do elektronicznych grup z Zachodu. Jeśli jednak mieliście już styczność z wykonawcami z Rosji, zwłaszcza ze wspomnianym Wiktorem Cojem i Kino, dostrzeżecie w twórczości Tesla Boy muzycznego rosyjskiego ducha - nawiązanie do lat osiemdziesiątych z nutą melancholii i nostalgii nawet w energicznych kompozycjach. To tak w skrócie. I proszę nie rozpowszechniać więcej mitów o przeładowaniu rosyjskiej kultury kiczem. Tesla Boy są wystarczającym dowodem na to, że Rosjanie potrafią stworzyć coś bardzo dobrego.


niedziela, 19 lutego 2017

Belle Epoque: przełomowa produkcja czy nieudana kopia?

W ostatnim poście poświęciłam uwagę polskiej muzyce - genialnemu duetowi Bass Astral x Igo, a także grupie Clock Machine, którą współtworzą właśnie Bass Astral i Igo. Dzisiaj również skupię się na godnych zaitneresowania nowościach z Polski.



Początek dwudziestego stulecia. Polska wciąż znajduje się pod zaborami. Wokół serca Europy panuje niepewna atmosfera, napawająca wręcz lękiem: konflikty, z których największym wydaje się być starcie rosyjsko-japońskie, i późniejsze zrywy społeczne w 1905 - między innymi w Rosji i w Królestwie Polskim. W powietrzu czuć zmiany, nadchodzącą epokę, która jakoby pochłonie dotychczasowy porządek świata i ustanowi nowy ład. Ten okres to przeddzień wojny - okres, który z perspektywy czasu wyda się utęsknioną, uporządkowaną epoką w porównaniu z nowym kształtem świata. 


Przeddzień zmian nie był jednak idealny. Pomimo decydujących odkryć w dziedzinie nauki i techniki malownicza Galicja boryka się z odwiecznym problemem ludzkości - podłością, okrucieństwem, brutalnością. Zwyrodniała odsłona ludzkiej duszy zakłóca radość z postępu i udogodnień, brudząc krakowskie ulice krwią i zostawiając na nich zagadkowe ślady.



Belle Epoque, czyli nowa produkcja telewizji TVN, to powiew świeżości wśród nużących i oklepanych polskich seriali. Nie można powiedzieć, że jest to historia wyróżniająca się na tle międzynarodowym, bowiem dziesiątki podobnych seriali powstały już wcześniej na Zachodzie, szczególnie na Wyspach Brytyjskich. To właśnie BBC słynie z genialnych kryminałów kostiumowych, osadzonych w epoce wiktoriańskiej i późniejszej. Jako zagorzała fanka brytyjskiego serialu Ripper Street mogę przyznać, że nie ulega wątpliwościom to, że producenci Belle Epoque czerpali inspirację z kryminalnej historii wyprodukowanej przez BBC opowiadającej o zagadkowych morderstwach w londyńskiej dzielnicy East End po głośnej sprawie Kuby Rozpruwacza. Aby się o tym przekonać, wystarczyło obejrzeć pierwszy odcinek nowej polskiej produkcji. Co w niej widzimy? Jana Edigey-Koryckiego (Paweł Małaszyński), mężczyznę o niejasnej przeszłości, który posiada doskonałą umiejętność dedukcji. W Ripper Street podobną postacią jest Amerykanin Homer Jackson - w pierwszych odcinkach niewiele dowiadujemy się o znakomitym lekarzu, ale od pierwszej sceny z jego udziałem wyczuwamy aurę tajemniczości i ciemnych powiązań bohatera. Główna postać Belle Epoque, Edigey-Korycki, szuka zapomnienia u boku prostytutki - tak jak wspomniany Jackson, a w sercu obydwóch mężczyzn nieprzerwanie znajduje się jedna dama. 

Postać Edigey-Koryckiego łączy z Ripper Street jeszcze jedno: potrzeba rozwikłania zagadki okrutnego zabójstwa jego matki. W brytyjskiej produkcji detektyw Edmund Reid dąży do odkrycia prawdy o niewyjaśnionym zaginięciu swojej córki. Każde przestępstwo, przypominające brutalne poczynania Kuby Rozpruwacza, daje mu nadzieję na odnalezienie właściwego tropu.



Oprócz głównego bohatera do historii o przestępczym East End u schyłku dziewiętnastego stulecia, jak i innych kostiumowych produkcji BBC, nawiązuje również początek serialu: czarne tło, podstarzone fotografie i dobra muzyka w tle. Jeśli polski widz zaznajomił się wcześniej z ofertą BBC, niewykluczone, że poczuje niedosyt już od pierwszych sekund oglądania Belle Epoque.




Czy szum medialny przed premierowym odcinkiem był uzasadniony? Czy Belle Epoque to rzeczywiście przełomowy serial, wyróżniający się na tle oklepanych, przewidywalnych historii? Niezupełnie. Niewątpliwie produkcja TVN wniosła powiew świeżości, ale nie w takim stopniu, w jakim powinna, sądząc po reklamach, zwiastunach i przedpremierowych kulisach serialu. Po zakończeniu pierwszego odcinka widz czuje zdziwienie: ale jak? to już koniec?. Dzieje się tak dlatego, że akcja przypomina zlepek różnych obrazów, często niepołącząnych ze sobą odpowiednim przejściem, wyjaśnieniem, przez co nie można dokładniej przyjrzeć się śledztwu i zastosowanym metodom. Najpierw widzimy znalezioną w stawię odciętą głowę, a moment później do laboratorium kryminalistycznego zostaje przywiezione ciało kobiety przybitej do krzyża. Krótkie wyjaśnienia, krótkie rozmowy, krótkie badania... i zbyt mało realistycznego odwzorowania mrocznej Galicji. W produkcji brytyjskiej pokazano by zwłoki, tu zaś trzeba zadowolić się krzyżem zasłoniętym prześcieradłem. Serial kryminalny bez brudu i krwi przeobraża się w historię kostiumową. Jest jeszcze jeden punkt dotyczący niewystarczająco dobrze odwzorowanej rzeczywistości ówczesnej epoki: to język i maniery. Zabrakło starej wymowy, archaicznych form i zimnokrwistego mężczyzny, zachowującego się jak dżentelmen z okresu belle epoque. Edigey-Korycki nie przypomina detektywa z początku dwudziestego wieku - to raczej agent współczesnego wydziału kryminalnego. Nie ma w nim tego wyrafinowania, jakie charakteryzuje Edmunda Reida w Ripper Street.



Internauci już po kilkunastu minutach serialu pośpieszyli na fanpage serialu, by wylać swoje żale i oświadczyć, że nie obejrzą żadnego kolejnego odcinka beznadziejnego i przereklamowanego serialu, jakim jest Belle Epoque. A ja? Z mówieniem o beznadziejności nowej produkcji radzę się wstrzymać. Wierzę, że kolejne odcinki udowodnią, że chociaż nasi producenci odwzorowali powszechnie znane seriale kryminalne z Wysp Brytyjskich, ciekawym pomysłem i doborem zarówno doświadczonych aktorów, jak i młodych zdolnych (pamiętacie Eryka Kulma z Bodo? W Belle Epoque gra młodego śledczego u boku Lubaszenki, Lubosa i Małaszyńskiego. Gdziekolwiek pojawia się Kulm, wiadomo, że świetnie wcieli się w swoją rolę i wyróżni się na tle innych aktorów.) uratowali świat polskich seriali. Wierzę, że w kolejnych odsłonach Belle Epoque zobaczymy coś więcej niż zagmatwaną akcję i czarujące kostiumy. Pomimo niedopracowań i niedomówień daję tej produkcji ocenę pozytywną. Cieszy mnie fakt, że zdecydowano się na przedstawienie wydarzeń toczących się na początku dwudziestego wieku. Cieszy mnie fakt, że nie jest to ani cukierkowa telenowela, ani opowieść o oklętych glinach, którzy nie mogą powstrzymać się od wciskania pięcioliterowego słowa do każdej swojej wypowiedzi. Cieszy mnie fakt, że przeznaczono pieniądze nie na kolejny paradokument czy serial o słodkiej blondynce na prowincji, ale w produkcję torującą nowe ścieżki dla polskich seriali. Początki zazwyczaj bywają trudne. Może kolejna produkcja osadzona w epoce historycznej bliskiej belle epoque zadowoli większe grono wiecznie niezadowolonych Polaków.
(Warto jednak dodać, że biorąc pod uwagę zdjęcia z kolejnych odcinków, całkiem możliwe, że przed powstaniem podobnej produkcji to kolejne odcinki serialu TVN okażą się bardziej dopracowane i bliższe realiom Galicji w 1905 roku.)

Jeśli nie oglądaliście premierowego odcinka Belle Epoque, zachęcam Was do nadrobienia zaległości. Następnie pomyślcie o polskich serialach wyprodukowanych w ciągu ostatnich piętnastu lat i dopiero wtedy postawcie ocenę Belle Epoque.

P.S. Muzyczny akcent na zakończenie - stworzona przeze mnie playlista Retro vibes na Spotify. Dedykuję ją sympatykom starego brzmienia. 

wtorek, 7 lutego 2017

Clock Machine | Bass Astral x Igo - muzyka, której szukacie od dawna

I znów nie odwiedziłam bloga przez ponad miesiąc. Cóż, nie skłamię mówiąc, że w ostatnich tygodniach nie miałam w ogóle czasu dla siebie. Żyłam w biegu, biegłam wszędzie, wszystko wymagało ode mnie pośpiechu, jak i całkowitego skupienia i zaangażowania. Na szczęście mam teraz trochę czasu dla siebie, mogę zająć się odrywaniem nowej muzyki i czytaniem nieznanych mi dotąd książek. 

A propos książek - właśnie zaczęłam czytać Empire V rosyjskiego pisarza-widmo Wiktora Pielewina. Wcześniej miałam styczność jedynie z najpopularniejszą książką Pielewina, a mianowicie z Generation P. Pielewin jest bardzo specyficznym pisarzem, jednym z tych, których albo się kocha albo nienawidzi. Pomimo nieco trudnej do pojęcia fabuły Generation P, nie zraziłam się do tego twórcy, było wręcz przeciwnie, zaintrygował mnie swoją nietuzinkowością i umiejętnie opisanym przenikaniem w świat wyobraźni (który, jak się później okazuje, jest naszą współczesnością). Tak czy inaczej, polecam Pielewina, wg mnie najlepiej zacząć właśnie od Generation P, żeby uzyskać ogólny obraz twórczości tego pisarza. Dla mnie Pielewin okazał się ucieczką od uduchowionych pisarzy rosyjskich, poruszających problemy moralne, odwołujących się do filozofii i prawosławia. 
A dlaczego powiedziałam, że Pielewin to rosyjski pisarz-widmo? Otóż jest to postać bardzo tajemnicza. Autor Empire V mało gdzie się pokazuje, nie udziela wywiadów, na zdjęciach zobaczycie go w ciemnych okularach. Niektórzy uważają, że Pielewin w ogóle nie istnieje, a jego książki pisane są przez grupę pisarzy. Czy można w to wierzyć? Nie wiem, nie neguję tego, przyzwyczaiłam się już do zagadkowości Wschodu.

Ale nie o Pielewinie miałam dzisiaj mówić. Jeśli Empire V wciągnie mnie, tak że pochłonę je w jedną noc, na pewno podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami. Priorytetem jest obecnie opowiedzenie Wam o grupie utalentowanych muzyków z naszego kraju. Możliwe, że już o nich słyszeliście, ale myślę, że bardziej prawdopodobne, że wciaż nie mieliście z nimi styczności.

Jeśli pamięć mnie nie myli, to natknęłam się na nich w czwartkowy wieczór. Słuchałam nowej piosenki K Bleax, autoodtwarzanie na YouTube skierowało mnie do jej występu w Sofar Kraków, a w podobnych filmach widnieli właśnie oni - Bass Astral x Igo. Pierwszym utworem, z którym się zetknęłam, był Lipstick wykonany we wspomnianym Sofar Kraków. Swoje wrażenia opiszę jednym banalnym stwierdzeniem: to była miłość od pierwszego usłyszenia. Oczywiście w pierwszej chwili pojawiły się oznaki głupiego polskiego zakompleksienia - muszę sprawdzić czy oni są z Polski, przecież niemożliwe, żeby Polacy grali taką muzykę i jeszcze tak dobrze śpiewali po angielsku. Tak, my, Polacy, mamy niestety wyryte w duszy kompleksy. Ciągle wydaje się nam, że to, co stworzone przez Polaków, nie może być dobre, nawet jeśli już wielokrotnie przekonaliśmy się, że w naszym kraju są setki utalentowanych młodych artystów. Ale do rzeczy. Co urzekło mnie w Lipstick? Wrażliwość przekazana w doskonały sposób, subtelność, lekkość dźwięków i słów. Później, kiedy przesłuchałam kolejne kompozycje Bass Astral x Igo utwierdziłam się w przekonaniu, że to grupa, któej szukałam od dawna. Nie jest to męcząca elektronika, nie jest to pozorny spokój, od którego po dłuższym czasie zaczynamy się nudzić i boli nas głowa. Pomyślcie o czymś uspokajającym, co jednocześnie funkcjonuje jako źródło Waszej energii. Taką przystanią spokoju, będącą przy tym źródłem siły jest właśnie Bass Astral x Igo. 



Jeśli jednak myślicie, że duet Igor-Kuba tworzy jedynie spokojną muzykę, to jesteście w błędzie. Fascynującymi i wyjątkowymi czyni ich umiejętność połączenia stonowanej elektroniki z dynamicznością. Brzmi jak dwie przeciwne cechy, ale najwidoczniej Bass Astral x Igo posiadają jakąś tajemniczą wiedzę, dzięki której nie wyszła pstrokacizna i rażące przeplatanie ciszy hałasem, a dobre brzmienie, tak dobre, że uzależniające. Aby się o tym przekonać, najlepiej będzie, jeśli po odsłuchaniu wspomnianego Lipstick posłuchacie coveru Would Alice in Chains. Przesłuchanie tych dwóch utworów jeden po drugim pokaże Wam jaki w rzeczywistości jest duet z Krakowa. 


Polecam również posłuchać całego występu duetu - to dwie godziny, których nie stracicie, a wykorzystacie w sposób bardzo korzystny dla swojego ducha i słuchu:




Zmierzając do podsumowania - muzyczny minimalizm Bass Astral x Igo jest uroczy, tak jak zachwycająca jest ich zdolnosć do nagromadzenia energii w jednych utworach, a w drugich wykreowania harmonii i spokoju.

A teraz przejdę do nagromadzenia energii w rockowym wydaniu. Wcześniej wspomniałam, że mogliście już słyszeć o Igorze i Kubie. Skąd? Z Clock Machine - zespołu, który zdążył zdobyć niemały rozgłos. Mówi się, że prawdziwego rocka już nie ma, że gitarowe granie ostatnich lat to tylko nawiązania do kultowego rocka, w przypadku jednych - udane, w przypadku drugich - będące totalną klapą. Czasami zgadzam się z owym twierdzeniem, a czasami nie, szczególnie wtedy, gdy spotykam zespoły, będące nie odtworzeniem czegoś, co już było, ale kontynuacją, przedłużeniem, nowym rozdziałem. Takie myśli zrodziły się w mojej głowie po przesłuchaniu muzyki Clock Machine. Polski rock potrzebował pojawienia się ich na rynku muzycznym. Słuchając wielu młodych grup rockowych z naszego kraju rzeczywiście miałam wrażenie, że nawet jeśli są dobrzy i zapętlam ich płytę przez kilka dni, to po jakimś czasie i tak o nich zapomnę, bo nie znalazłam w nich tego, czego szukałam. Zapytacie, a co takiego niezwykłego jest w Clock Machine? Właśnie ta wspomniana kontynuacja klasycznego rocka. To nie kalka, przerysowanie, o którym niedługo muzyczny świat zapomni. Clock Machine to rock w tradycyjnym wydaniu - chłodne brzmienie gitary, żywiołowe kawałki, jak i te wolniejsze, śpiewane silnym, zachrypniętym głosem Igora Walaszka, refreny, które szybko zapadają w pamieć i niewyszukane, zrozumiałe testy. Wiecie już, że mam skłonność do hiperbolizowania, ale muszę to napisać: Clock Machine to zbawienie dla polskiej muzyki rockowej. Nie ukrywam, że jestem zacofana, jeśli chodzi o nowinki, nie nadążam z nowościami i o wielu wykonawcach dowiaduję się po długim czasie, kiedy mają już na swoim koncie nie jedną, a dwie lub nawet trzy płyty, ale biorąc pod uwagę przedstawicieli młodego pokolenia polskiego rocka, o których mi wiadomo, to mogę powiedzieć, że nie słyszałam wśród nich jeszcze takiej siły, jaka charakteryzuje Clock Machine. Oni są tym, na czego brak narzekaliście. 

A wokal Igora stanowi kolejne zjawisko, którego nie chcę oszpecić swoim pokracznym pismactwem. Lepiej będzie jeśli go po prostu posłuchacie.






Na zakończenie dodam, że gdybym była milionerką, zainwestowałabym miliony zarówno w Clock Machine, jak i w Bass Astral x Igo. Zdecydowanie powinno być o nich głośniej.

P.S. Nie obiecuję regularnego pisania, bo i tak jakkolwiek bym chciała, to bardzo prawdopodobne, że nie dotrzymam tej obietnicy. Chciałabym jednak zaglądać tu częściej i mam wielką nadzieję, że moja pokręcona codzienność mi na to pozwoli. Kiedy możecie spodziewać się następnego wpisu? Myślę, że w weekend.

P.S2. Dziękuję za wszystkie odwiedziny, to naprawdę dla mnie wiele znaczy. Obecność czytelników, jak i docenienie ze strony artystów, o których piszę, np. poprzez zretweetowanie mojego wpisu, są dla mnie lepszym wynagrodzeniem niż pieniądze.