czwartek, 27 kwietnia 2017

Mana Island, czyli bezludna wyspa w centrum Moskwy



O tym, że muzyka z Rosji to nie tylko denne i tandetne hałaśliwe disco pisałam w poście poświęconym grupie Tesla Boy, dlatego nie będę ponownie rozwijać tej myśli. Od razu przejdę do konkretu, a mianowicie do zespołu, którego twórczość brzmi lekko i przyjemnie jak powiew wiosennego wiatru lub, jeśli dla kogoś jest to przyjemniejszym uczuciem, wypoczynek na piaszczystej plaży w słoneczny wakacyjny dzień.
Mana Island to bezludna rajska wyspa, miejsce, gdzie opuszczają Cię wszystkie lęki i obawy. Leżysz pod słomianym parasolem, dookoła palmy, lazurowe niebo, ciepły i przyjemny w dotyku piasek, smaczne egzotyczne owoce i bezkresny ocean. Fale oceanu spokojnie uderzają o brzeg, tworząc harmonijne relaksacyjne kompozycje ze śpiewem rajskiego ptactwa...



A teraz schodzimy na ziemię. Jesteśmy tu, przed ekranem smartfona, komputera lub tabletu, próbujemy znaleźć odrobinę spokoju w świecie napędzanym tempem coraz prędzej rozwijającej się i pracującej technologii. Całkiem prawdopodobne, że nie stać nas na urlop na bezludnej wyspie, dlatego musimy poradzić sobie w inny sposób. Jak zatem zatrzymać się i zrelaksować bez podróży do tropików? Proszę posłuchać Mana Island.

Mana Island to założony w 2013 roku rosyjski projekt wykonujący niezależny electropop. W jego skład wchodzi czterech przyjaciół: Aleksiej Doronin, Nikita Staszewski, Dmitrij Łukanienko i Maksym Baziliewicz. Rosyjski kwartet przykuł uwagę zespołu Foals, którzy zdecydowali się wybrać ich na swój support na trasie po Rosji. Jeśli konieczne jest szukanie podobieństw do znanych zespołów, to powiem, że rzeczywiście istnieje odrobinka podobieństwa (ale naprawdę odrobinka!) pomiędzy Mana Island a Foals, między innymi podobieństwo wokalu Doronina i Philippakisa, a także podobne brzmienie gitary. 

Pewien z rosyjskich portali tak opisał muzykę Mana Island: To brzmienie lata, momentalnie przenikające przez skórę dzięki swojej niezwykłej lekkości. I nieistotne, gdzie się teraz znajdujecie - czy na kole podbieugnowym czy w deszczowym Petersburgu - wystarczy kliknąć play, wygodnie usadowić się w fotelu, zamknąć oczy, i przeniesiecie się na wyspę magii i wszechogarniającego szczęścia (farfrommoscow.com). 





Żeby uniknąć niepotrzebnego rozpisywania się, co jest moim chorobliwym zwyczajem, powiem krótko: w pełni zgadzam się z przytoczonymi powyżej słowami. Mana Island tworzą muzykę lekką jak powiew ciepłego wiatru, delikatnie poruszający zieloną trawą i płatkami wielobarwnych kwiatów. W ich dorobku znajdziecie kompozycje idealne na każdą porę dnia, niewymagające nadmiernego wysiłku, by pojąć, o co w tym wszystkim chodzi, wpisujące się w trend muzyki chillout ostatnich miesięcy/lat, a co najważniejsze - po przesłuchaniu takich kawałków jak Stare czy Bounded poczujecie, że po ciężkim i gorączkowym dniu spokój umysłu powraca do Was szybciej niż po zastosowaniu jakichkolwiek technik relaksacyjnych. To jest właśnie lecznicza funkcja muzyki - jakkolwiek źle się czujesz, kliknij play i wróć do świata żywych. 

Miłego słuchania! 

sobota, 22 kwietnia 2017

Nieszczęśliwe historie, które uczą i wciągają, czyli kilka słów o Wielkim Gatsbym



O Gatsbym powinien był słyszeć każdy. Jeden obejrzał ekranizację z Leonardo DiCaprio w roli tytułowej, inni czytali książkę i oglądali film, a jeszcze inni ani nie widzieli filmu ani nie czytali książki, po prostu słyszeli samo nazwisko lub widzieli je na plakatach reklamujących film. Ja zaś należę do tych szczęściarzy, którzy nie mieli okazji obejrzeć ekranizacji tejże wciągającej powieści i najpierw postanowili sięgnąć do książki.

Żaden mój wpis nie obędzie się bez małej dygresji. Rozpisywanie się i dodawanie niepotrzebnych faktów jest moim niezbywalnym nawykiem, dlatego muszę tu napisać kilka niepotrzebnych słów. Przez ostatnie dwa i pół roku rzadko sięgałam po nadobowiązkowe lektury – przedmiot historia literatury na studiach narzucił mi czytanie wielu lektur, w tym bardzo obszernych powieści, w bardzo krótkim czasie. Wyobrażacie sobie przeczytać Dostojewskiego lub Tołstoja w tydzień? Oczywiście jest to wykonalne, a ja jestem tego żywym i namacalnym dowodem, jednak szybkie czytanie żeby się wyrobić i zaliczyć pozbawia nas uroku siedzenia z książką w ulubionym miejscu, powolnego czytania i zagłębiania się może nie w każdą myśl autora, ale niewątpliwie w te, które przyciągają naszą uwagę i każą się nam zatrzymać na moment. Co więcej, ekspresowe czytanie zrodziło we mnie pewnego rodzaju wstręt do sięgania po jakiekolwiek nadobowiązkowe lektury – nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile książek wypożyczyłam przez ostatnie dwa lata, przeczytałam kilka, kilkanaście stron i odłożyłam na półkę, nie odczuwając chęci do dalszego czytania, a przypominałam sobie o nich dopiero wtedy, kiedy biblioteka wysyłała wiadomość e-mail z przypomnieniem o nadchodzącym terminie oddania książki (czasami jednak brałam pod uwagę jeszcze jeden możliwy powód niechęci do czytania – żadna z książek, po które sięgnęłam w ostatnim czasie, nie okazała się tak dobra jak wielkie dzieła wielkich rosyjskich pisarzy).

Po co była ów dygresja? Myślę, że tym razem udało mi się dodać od siebie coś, co ma większy związek z głównym tematem posta. Otóż czuję, że Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda przełamał we mnie wszelkie obawy i niechęć do czytania dla siebie. Ta powieść uznawana za jedną z najważniejszych pozycji literatury amerykańskiej opowiada historię, z którą powinien zapoznać się każdy człowiek żyjący we współczesnym świecie.



Historia dzieje się w Ameryce lat 20., a konkretniej na Wschodzie USA, w Nowym Jorku i nieopodal miasta na wymyślonym przez Fitzgeralda West Egg. Nick Carraway, początkujący makler giełdowy, kupuje domek nieopodal ogromnego domu, a raczej pałacu, który wielu osobom nawet nigdy nie pojawił się w najskrytszych marzeniach. Odkąd tylko Carraway pojawił się w West Egg, ciągle słyszy o owianym tajemnicą Gatsbym, posiadaczu ów imponującego budynku. O Gatsbym krążą najróżniejsze plotki. Ludzka skłonność do podgrzewania atmosfery, wrodzona niebezpieczna zazdrość i złośliwe podejrzewanie najbogatszych o najbardziej haniebne czyny tworzą na temat Gatsby'ego takie teorie, że koń by się uśmiał. Ludzie widzą w nim mordercę, niemieckiego lub kanadyjskiego szpiega i wiele innych. Jak trafnie spostrzegł Carraway, łatwiej wyobrazić sobie, że człowiek wyszedł z bagien lub pojawił się w inny fantastyczny sposób niż pomyśleć, że człowiek znikąd dorobił się takiej fortuny jak Gatsby. Chociaż ludzie Gatsby'emu zazdroszczą wszystkiego i kopią pod nim dołki, dopowiadając wyimaginowane fakty, kolejna ludzka wada – darmozjadztwo – wygrywa i tym sposobem w każdy weekend w ogrodzie Gatsby'ego bawi się niezliczony tłum osób, oczywiście za pieniądze gospodarza. Goście zjeżdżali się do wielkiej posiadłości w West Egg z najróżniejszych zakątków. Bywały tam osoby, które nigdy nie rozmawiały z gospodarzem i nie zależało im na tym specjalnie. Co ciekawe, sam gospodarz mało kogo zapraszał na swoje przyjęcia – ludzie trafiali do Gatsby'ego zazwyczaj dlatego, że ktoś, kto był tam wcześniej, przywiózł ich tam lub ktoś, usłyszawszy o wielkiej zabawie, przyszedł tam nieproszony.

Nikt jednak nie zastanawiał się nad niezwykłą gościnnością Gatsby'ego. Dlaczego wielki bogacz, o którym nikt nie wie zbyt wiele, wyprawia przyjęcia na setki osób? Dodajmy, że sam zawsze pozostawał w cieniu. Kiedy Carraway został do niego zaproszony po raz pierwszy, nie rozpoznał gospodarza w swoim rówieśniku, nie wywyższającym się w rozmowie i nie pasującym do stereotypowego portretu wielkiego bogacza (jak ujął to narrator, wyobrażałem sobie, że pan Gatsby to rumiany, korpulentny jegomość w średnim wieku). Dlaczego tajemniczy bogacz o nazwisku Gatsby w każdy weekend zamieniał swoją posiadłość w wielki bal, jeśli w towarzystwie pozostawał z tyłu, zazwyczaj stojąc na schodach i obserwując bawiący się tłum obcych mu ludzi?



Dwie rzeczy z życia głównego bohatera wywarły na niego silny wpływ. Pierwsza, najwcześniejsza – pochodzenie. Ambitny Gatsby urodził się w ubogiej rodzinie, od dziecka wstydził się swojego niechlubnego pochodzenia i śnił o wielkiej pozycji, diametralnie różniącej się od tej, którą przypisano mu z dniem narodzin. Od dziecka Gatsby robił wszystko, by wybić się, by być zamożną i poważaną personą i, jak widać od początku powieści, udało mu się zrealizować swoje marzenie. Organizowanie słynnych tłumnych przyjęć służyło mu jako podtrzymywanie zdobytej pozycji i nie tylko. Marzenie Gatsby'ego o fortunie i znakomitej pozycji społecznej stało się silniejsze pod wpływem nieszczęśliwej miłości do Daisy – dziewczyny pochodzącej z jednej z najbardziej zamożnych rodzin w okolicy. Kiedy się poznali, Gatsby był w wojsku i nie miał grosza przy duszy. Ona oczywiście nie poczekała na niego – wybrała człowieka, który w tamtym czasie był równie bogaty jak ona. Wszystkie kolejne działania Gatsby'ego w celu zbicia fortuny zdawały się być motywowane nieszczęśliwą miłością do Daisy. Gatsby specjalnie dla niej przeprowadził się do West Egg, by być jak najbliżej, by być na najwyższej pozycji w towarzystwie, w którym się obracała, by zwrócić na siebie jej uwagę i złapać to, co wymknęło mu się z rąk w przeszłości.

Więcej nie powiem, żeby nie zepsuć uroku oglądania/czytania tym, którzy z historią Gatsby'ego jeszcze się nie zapoznali. Dodam tylko, że jest to historia nieszczęśliwa, bez happy endu, chociaż wydaje się, że happy end to typowa cecha amerykańskiej kultury. Fitzgerald pozostał jednak ambitny i życiowy.

Na początku wpisu powiedziałam, że historia stworzona przez Fitzgeralda należy do tych, które powinien poznać każdy człowiek żyjący we współczesnym świecie. Powód jest następujący: los Gatsby'ego pokazuje los bogacza dorastającego w biedzie, a także daje nam szczegółowy obraz tego, co pieniądz robi z ludźmi, a szczególnie z tymi, którzy pośród gór pieniędzy przyszli na świat. Ci ludzie pozostali nieświadomi wpływu majątku na ich czyny i prawdopodobnie byli niezdolni wyobrazić sobie szczere decyzje, wybory dokonane z serca, a nie ze społecznego przymusu, z konieczności podtrzymania swojej pozycji w towarzystwie i uniknięcia skandalu (tu mam na myśli przede wszystkim Daisy). Ponadto Fitzgerald na końcu powieści z precyzją wyraził to, co przeplatało się od początku historii: za pieniądze przyjaciół nie kupisz. Pomimo tłumnych imprez Gatsby zawsze był sam. Setki ludzi były przy nim tylko wtedy, gdy oferował zabawę za darmo i możliwość wylansowania się. Kiedy Gatsby znalazł się w tarapatach nie było już przy nim nikogo, z wyjątkiem dobrodusznego Carraway'a, pomylonego pana Sowie Oczy i ojca, tego biedaka, od którego Gatsby wyjechał jako nastolatek.




Chociaż ów historia wydaje się prosta, jest ona niezwykła z racji na dosadne i odważne przedstawienie nowej epoki (lata dwudzieste – pierwsze nieśmiałe rozluźnienie obyczajowe, szał na Wall Street, jeszce większa zachłanność w zbijaniu fortuny, American Dream, początek jeszcze szybszej cywilizacji, życia w wielkich metropoliach wśród pierwszych drapaczy chmur), ale przede wszystkim z racji na swoją ponadczasowość. Historie podobne do tej opowiedzianej przez Fitzgeralda pojawiały się w literaturze od antyku, jednak nie staną się opowieściami nudnymi jak flaki z olejem dopóki są opowiedziane w szczery i ambitny sposób. W każdej epoce musi pojawić się pisarz, który z artystyczną wnikliwością nakreśli portret nieszczęścia bogatego człowieka, bowiem my, ludzie, zbyt często zapominamy o swoich wadach, takich jak darmozjadztwo i pochopne wydawanie opinii, które mogą przecież wbić komuś nóż w plecy i zwalić go do grobu.

Mały muzyczny akcent zgodnie z tradycją - utwór Lany Del Rey ze ścieżki dźwiękowej do ekranizacji Wielkiego Gatsby'ego z DiCaprio w roli głównej:



wtorek, 4 kwietnia 2017

Wyprzedane garden party, czyli Rag'n'Bone Man w warszawskiej Progresji

Po raz drugi mam możliwość urozmaicenia posta zdjęciami mojego autorstwa (niestety tym razem komórkowymi, nie miałam możliwości przemycenia aparatu).


Wydaje mi się, że plus minus dziesięć lat temu noszenie rozmiarów XL i większych nie było tak negatywnie przyjmowane jak w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Zdrowy tryb życia, w tym siłownia, bieganie i dbanie o odpowiednią dietę, niezupełnie przyjęło się jako pozytywna moda. Proszę nie myśleć, że krytykuję wysyp siłowni w każdym dużym mieście i tysiące instruktażowych nagrań na YouTube z ćwiczeniami, jednak często odnoszę wrażenie, że z beztroskiego stołowania się w restauracjach typu fast food nastąpiło gwałtowne przejście do obsesyjnego dbania o swoją figurę. A jeśli ktoś ma jakieś fałdki na brzuchu, to szybko zostanie mu to wytknięte. Dlaczego nie ćwiczysz?, zapytają pretensjonalnym tonem. Bloggerzy zaś powiedzą, że jeśli masz zbędne kilogramy, to dlatego, że jesteś zbyt słaby, by podjąć wyzwanie, jakim jest zakup karnetu na siłkę, umożliwiający przeobrażenie swojego ciała na lepsze od ciała Dyskobola Myrona. A w showbiznesie posiadanie zbędnych kilogramów może przekreślić utalentowanego człowieka jeszcze na progu drzwi do kariery. Podobnie jest z mediami. Kąśliwe portale i magazyny z wielką satysfakcją podkreślają rozmiary Adele i innych podobnych sław. Przyjęło się przecież, że celebrytki muszą mieć figurę Kendall Jenner, a mężczyźni powinni co najmniej nadawać się na Jamesa Bonda. Ale po co ja o tym wszystkim piszę?

Nie potrafię zgrabnie pisać, więc tym niezgrabnym wstępem o niezręczności bycia niezgrabnym w świecie muzyki, kina i innych form rozrywki chciałam zwrócić Waszą uwagę na to, że pomimo tuszy nie trzeba siedzieć w niszy. Chciałam po prostu podkreślić, że nadwaga nie powinna przekreślać człowieka na starcie. Jeśli jesteś utalentowany, możesz ważyć dwieście kilogramów i odnieść sukces. Jeśli nie będziesz przejmować się swoim wyglądem, niewykluczone, że tak jak w przypadku Adele dodatkowe kilogramy okażą się nie powodem do kompromitacji i drwin, a Twoim znakiem rozpoznawczym – będziesz wzorem dla tych, którzy wstydzą się swojego ciała. Pokażesz im, że to, co zewnętrzne, wcale nie jest najważniejsze.

Chciałabym móc mówić wprost. Ciągle mam jednak w głowie słowa Gombrowicza o tworzeniu jakichkolwiek tekstów: siadasz do pisania z określoną koncepcją, jednak już po napisaniu pierwszego zdania tekst zaczyna pisać się jakby sam, bez Twojej wcześniejszej koncepcji. Jedno zdanie rodzi kolejne zdanie i często staje się tak, że to, co napiszemy, ma się nijak do naszej pierwotnej koncepcji. Ale po co ta dygresja?

Dość już owijania w bawełnę i mówienia dziwacznym językiem. Teraz powiem wprost: Rag'n'Bone Man, twórca hitu Human, zagrał w minioną niedzielę w warszawskiej Progresji. To właśnie do tego pana z Wysp Brytyjskich odnosi się mój niezgrabny wstęp.




Rag'n'Bone Man to kolejny dowód na to, że można odnieść sukces na rynku muzycznym i zahaczyć o mainstreamowe stacje radiowe nie posiadając wyglądu ratownika ze Słonecznego patrolu. Singiel Human, promujący album o tym samym tytule, pojawił się nie tylko w rozgłośniach promujących muzykę alternatywną, ale również w Radiu Eska, 4FunTV, RMF MAXX i tym podobnych. Co więcej, Rory Graham (tak nazywa się Rag'n'Bone Man) pokazuje, że zdobycie popularności również nie oznacza podjęcia gorączkowych starań zrzucenia kilogramów i bycia fit. Zdobywszy popularność i odniósłszy sukces można być sobą. Nie jest to żadne odkrywcze spostrzeżenie, jednak wielu wykonawców często zapomina o tym, że można pozostać tym, kim się było przed zaistnieniem w wielkim świecie, i zaczyna ślepo podążać za trendami.

Wiecie już, że Rag'n'Bone Man to twórca przeboju Human, a także powiedziałam Wam, że to ten pan noszący ubrania w rozmiarze XXL. Zasugerowałam też, że ów utalentowany Brytyjczyk pozostał sobą, swojskim facetem z sąsiedztwa. I tutaj nareszcie mogę zacząć opisywać jego koncert w warszawskim klubie Progresja, który odbył się w minioną niedzielę.



Po koncercie napisałam mojej koleżance, że koncert Rag'n'Bone Man nie przypominał w niczym wielkiego wyprzedanego koncertu, ale spotkanie w gronie znajomych, podczas którego jeden z obecnych wyciągnął gitarę i zaczął umilać czas muzyką. Od pierwszych minut koncertu było widać, że Rory Graham to właśnie taki swojski facet z sąsiedztwa. Rag'n'Bone Man pojawił się na scenie punktualnie. Wyszedł sam, wziął gitarę i zaśpiewał St. James z EP-ki Bluestown. Uśmiech na twarzy i wzruszenie polską publiką – pierwsze rzędy trzymały kartki z napisem Welcome to Poland. Progresja milczy – przy spokojnym bluesie raczej się nie śpiewa razem z wykonawcą, szczególnie jeśli ma tak niepowtarzalny wokal jak Rory Graham. Nie można było go zagłuszyć.




Po pięknym hipnotyzującym St. James niekończące się oklaski nie dawały Rory'emu możliwości wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Słowa zresztą były zbędne – jego wzruszona twarz wyrażała więcej niż jakiekolwiek podziękowanie. Po spokojnym bluesie przyszła pora na bardziej dynamiczny kawałek Wolves z albumu Human. Wtedy też kurtyna opadła i wyłoniła się ekipa koncertowa, która razem z Rag'n'Bone Man mogła podziwiać kolejną akcję polskich fanów – maski z wizerunkiem wilka.



Po warszawskim koncercie muszę podkreślić, że Rory Graham posiada wokal jeden na milion. To, co ten wielki człowiek wyczynia na żywo, jest wręcz niemożliwe do opisania. Można odnieść wrażenie, że klawisze, perkusja, gitara, bas i chórek stanowią jedynie tło dla wielkości Rory'ego. To właśnie on, a raczej jego niezwykle silny wokal, był na pierwszym planie przez większość koncertu. Można go słuchać zarówno w wersji acapella (w takiej odsłonie zaprezentował Die Easy pod koniec występu), jak i w wersji z instrumentami – w obydwu wariacjach brzmi niewiarygodnie dobrze. Co więcej, Rag'n'Bone Man pozostaje skromny i to nie jego osobowość, nie jakakolwiek scenografia, układy taneczne, ani nie jego komentarze pomiędzy piosenkami są na pierwszym planie, a jego niezwykle silny głos. Rory nie rezygnuje z kontaktu z publicznością – zachowuje szczery uśmiech na twarzy przez cały występ, jest uprzejmy, spogląda na publiczność z podziwem, czyta wszystkie banery, bierze od fanów flagę, list w kopercie, a nawet... odpowiada na niecodzienną prośbę fanki trzymającej baner z napisem Let me sing „Skin” with you. Tak, wyobraźcie sobie, że Rory podszedł do owej szczęściary z mikrofonem i spełnił jej marzenie!



Nie pamiętam czy kiedykolwiek byłam na dużym koncercie, na którym panowałaby atmosfera kameralnego garden party, grilla w gronie dobrych znajomych i dobrej muzyki. Nigdy nie widziałam takiej prostoty w człowieku, który zdołał osiągnąć niemały sukces. Rag'n'Bone Man jest sobą w każdym znaczeniu tego słowa – śpiewa tak, jak dyktuje mu serce, zachowuje się tak, jak się w danej chwili czuje, i wygląda tak jak mu wygodnie. Urzekła mnie naturalność i skromność tego niezwykłego Brytyjczyka o niespotykanie wielkim głosie. Takich artystów nam potrzeba. Tak jak potrzeba nam wyrafinowanych muzyków, lubujących się w wyszukanych aranżacjach – zarówno dźwiękowych, jak i sceniczno-kostiumowych, tak potrzeba nam artystów skromnych i przyziemnych, niewiele różniących się od ludzi z naszego sąsiedztwa. A to, co wyróżnia Rory'ego, to, jak już wielokrotnie wspomniałam, jego głos – głos jak dzwon.




P.S. W osobnym poście opowiem Wam o supporcie, którym była czarująca Betti. Uznałam, że o takiej pani należy poświęcić więcej uwagi.

P.S. 2. Podobno czytelnicy lubią posty obrazkowe (przekonałam się o tym niedawno). Dla urozmaicenia 4 zdjęcia z mojej wycieczki do Warszawy: